close

BERGAMO

23 marca 2017364Views

16-19 marca 2017

Minęły dwa tygodnie odkąd wróciłam z Japonii, a już mnie znowu gdzieś poniosło. Tym razem moje nogi pobiegały po włoskich górach. Krótki, intensywny wyjazd, który można dosłownie zamknąć w kilku słowach : bieganie, zwiedzanie, dobre jedzenie, spanie i tak przez kilka dni. Lubię takie wyjazdy ciało zmęczone, nogi wybiegane, a głowa wypoczęta.  Naładowałam się pozytywną energią. Oby starczyło mi na jak najdłużej.

Od początku:

Bilet do Bergamo kupiliśmy kilka miesięcy wcześniej w promocyjnej cenie około 150 pln w obydwie strony. Wybór miejsca podyktowany głównie bliskością gór, bo jak zapewne zdołaliście już zauważyć uwielbiam biegać w górach. Takie krótkie, górskie wyjazdy mają niebywałą moc – mega dystansują mnie do otaczającego świata, dają mi pozytywnego kopa, a przy okazji siła biegowa zrobiona.W Bergamo jeszcze mnie nie było, a po przeczytaniu kilku informacji w internecie utwierdziłam się w przekonaniu, że to dobry wybór.

3 doby, 4 dni tyle ma trwać wyjazd, a bilet został wykupiony  z najmniejszym, podstawowym bagażem zatem uwierzcie mi nigdy nie spakowałam się w tak mały plecak. Dałam radę, bo im więcej człowiek wyjeżdża, tym lepiej umie zarządzać swoim bagażem. Na ten wyjazd spakowałam tylko rzeczy do biegania ( w tym nowiusieńkie Hoka One One Challenger Atr 2).

Poranny wylot 6:25 z Chopin Airport prosto do Bergamo. Jedyne 1,5 h godziny lotu i już jestem w słonecznej Italii 🙂

Lotnisko w Bergamo usytuowane jest w mieście, więc bez problemu przemieszczamy się w kierunku naszego lokum. Komunikacja jest dość tania i sprawna, więc kupujemy bilet turystyczny na całą sieć ( autobus, kolejka, tramwaj) za 7 Euro na 72 h czyli starczy nam na cały wyjazd. Kawałek podjeżdżamy autobusem, kawałek kolejką, a kawałek idziemy na piechotę co pozwala nam na stwierdzenie, że jest to urokliwe, klimatyczne miasteczko. Nie mogliśmy się oprzeć, aby nie przysiąść na placu Plazza Vecchia na poranne espresso w promieniach słońca. Po drodze kusiły nas włoskie cukierenki, piekarnie  z niezliczoną ilością smakowitych wypieków.

 

Nie popadliśmy w lenistwo ,rozkosze podniebienia nie przyćmiły naszego głównego celu pobytu – pobiegania po górach. Udaliśmy się do naszego pensjonatu, aby przebrać się i wybiec.

Zakwaterowanie

Bed&Breafast XVIII-wieczny pensjonat przepięknie otoczony zielenią, a co dla nas kluczowe tuż przy szlaku, żeby było blisko w góry.

Dzień 1

Tego samego dnia co przylecieliśmy po dotarciu do pensjonatu szybka zmiana ubrania i wybiegamy. Na pierwszy dzień zaplanowane było spokojne rozbieganie po porannej pobudce i locie czyli trasa BUT – Bergamo Urban Trail – przyjemna miejska trasa wiodąca przez park. Bez szaleństw, bo wiedzieliśmy, że następnego dnia chcemy już lecieć w prawdziwe góry.

Trasa bardzo sympatyczna jednak nie były to jeszcze góry i duża część trasy prowadziła asfaltem, a przecież przyleciały ze mną jeszcze cieplutkie Hoka Ona Ona Challegner, które chciałam wypróbować w terenie.

 

Podsumowanie dnia:

20 km w nogach

Kroki według Garmina 471%

Dzień 2

Jedziemy do prześlicznej miejscowości Lecco oddalonej od Bergamo 40 minut podmiejskim pociągiem i stamtąd w góry. Tu zapowiada się nam już prawdziwy górski krajobraz. Zabieram ze sobą biegowy plecak wypchany po brzegi ciepłymi rzeczami, prowiant w postaci żeli i batonów energetycznych i jestem gotowa na spotkanie z górami.

Po wczorajszej naszej wyprawie już wiemy, że włoskie oznakowania szlaków są pojęciem względnym. Na samych oznaczeniach na tabliczkach nie ma co polegać zwłaszcza, że tras jest wiele. Zatem zanim wybierzesz się we włoskie góry warto zaopatrzyć się w mapy, gps, wgrać sobie trasę w zegarek i dopiero cisnąć. Wielokrotnie zatrzymując się na trasie z wielkim znakiem zapytania nad głową” gdzie dalej?” stwierdzam, że trzeba by Włochów wysłać na przeszkolenie do Japonii pod kątem oznakowania tras. Ci drudzy są mistrzami. No cóż w Japonii już nie jestem i musze sobie poradzić na włoskich szlakach. Szczęście w nieszczęściu nie były to zawody tylko przyjemne bieganie z założeniem, że zawsze gdzieś się dobiegnie.

Natomiast z tyłu głowy kołatała mi się myśl, jak to będzie na zawodach Lavaredo Ultra Trail, które mam zaplanowane na czerwiec. Oby chłopaki dobrze oznakowali trasę, ale nie ma co się martwić na zapas.

Z miasteczka Lecco kierujemy się na szczyt Erna. Tu już moim oczom ukazały się przepiękne widoki, dostojne góry tak, jak lubię. Oczywiście oznakowanie było tak „perfekcyjne”, że na szczyt trafiamy zupełnie innym szlakiem niż zamierzaliśmy. W plecaku pełno ciepłych ubrań, a tu miłe zaskoczenie w górach wiosenne słońce tak, że cały czas biegałam na krótko. Po zimowej aurze w Warszawie takie widoki i  przyjemne promienie słońca dodają mi skrzydeł. Co prawda wiosna dopiero w alpejskich górach kiełkowała, ale i tak to mi wystarczyło, żeby naładować się energią.

 

Nowe Hoki szły jak złe. Uwielbiam je. Jak na małych poduszeczkach skaczę po górach, kamieniach, głazach i żwirze – nic mi nie straszne. Zdjęcie poniżej obrazuje, że nie tylko ja uwielbiam te buty 🙂

Hoka Rulez !!!

W nogach ponad 20 km górskich harcy , a  na dole w miasteczku zasłużony relaks. Głowa przewietrzona, nogi rozbiegane, ciało słońcem naładowane.

Wieczorem udajemy się do pobliskiej restauracji. Lubię ten moment kiedy po bieganiu przychodzi czas na uzupełnienie paliwa i bez wyrzutów sumienia mogę sobie pozwolić na spaghetti frutti di mare. Śmiem stwierdzić, że było to najlepsze jakie do tej pory jadłam. Z włoskich pyszności jeszcze  mogę polecić grillowane kalmary. To są moje smaki :)Dla tych bardziej klasycznych podniebień proponuję włoska pizzę, która po takim wysiłku smakuje wybornie.

Podsumowanie dnia:

21 km w nogach

Kroki według Garmina 512 %

Dzień 3

Trochę czuję, że przez ostatnie dwa dni moje nogi biegały, ale tak mam , że jak jestem w górach to chcę ten czas wykorzystać na 100% , więc nie odpuszczam. Wybieramy szlak, który dosłownie prowadzi spod samego naszego pensjonatu. Pogoda nadal nas rozpieszcza i w promieniach słońca suniemy pod górę. Cieszą nas widoki, pijemy wodę z alpejskich źródełek. Myśleliśmy, że uda się nam dotrzeć szlakami górskimi do miasteczka Selvino jednak trochę zabrało nam czasu, bo po popołudniu zaplanowaliśmy, że pojedziemy do Mediolanu. Wdrapujemy się na jeden ze szczytów, z którego już widzimy w dole miasteczko Selvino, ale szacujemy, że braknie nam czasu. Na górze zjadamy soczyste, włoskie pomarańcze i dokładnie te samą drogą zbiegamy do pensjonatu.

  

 

 

Tu już nasz ostatni wypad w góry na tym wyjeździe i czuje wewnętrzną satysfakcje, że żadnego dnia nie odpuściłam , że cała i zdrowa zbiegłam z gór.

Podsumowanie dnia:

23 km w nogach

Kroki według Garmina 660 %

 

Po powrocie do pensjonatu szybki prysznic i na dworzec, gdzie z Bergamo mamy zaledwie  50 minut pociągiem do Mediolanu. Przywitał nas piękny dworzec kolejowy, który zachwyca swoją niebywałą architekturą – kamień, mozaika, konstrukcja łukowa przekryć peronów.  Po wyjściu z dworca następuje kolejne wow , bo gmach budynku jest olbrzymi i wzbudza we mnie podziw. Jest to jeden z największych dworców Europy, obsługujący 330 tysięcy pasażerów dziennie. Nie mamy zbyt dużo czasu, więc zmierzamy  do Katedry Św. Marii i do arkad przy Placu Katedralnym. Przy okazji zahaczając o tak zwane uliczki zakupowe, gdzie rzucam okiem na witryny sklepowe i obserwuje co teraz jest w modzie 🙂 Mediolan robi wrażenie jednak jest to już miasto.

Podsumowując cały wyjazd:

Nie Mediolan, nie sklepy, zakupy tylko małe urokliwe miasteczko Bergamo. Miejsce idealne na piesze wypady w góry, trasy rowerowe, szlaki do biegania jest ich tu multum.  Jeśli mamy ochotę na relaks to Bergamo idealnie nadaje się na wizytę z rodziną przy smacznym włoskim jedzeniu, lampce wina, apetycznych  lodach czy  filiżance wyśmienitej włoskiej kawy. Uwierzcie mi, że taki wypad do włoskiego miasteczka nie musi oznaczać bankructwa. Myślę, że jest to porównywane, a nawet może wyjdzie taniej niż w nasze polskie Tatry.

Zachęcam Was do znajdowania właśnie takich „smakowitych” miejsc, gdzie można połączyć dobre wybieganie po górach z ucztą dla zmysłów.