close

Bergen

3 grudnia 2016163Views

BERGEN

25-28 listopada 2016

 

To był fajny , intensywny, spontaniczny wyjazd na przedłużony weekend do Bergen.

W Norwegii nigdy nie byłam i bardzo ciekawiło mnie jak będzie mi się biegało, bo pogoda na pewno nie będzie rozpieszczała. Co prawda przeglądając w necie pogodę akurat miało nam się trafić oczko pogodowe, ale jak to w górach bywa na wszystko trzeba być przygotowanym.

Tani lot, tanie lokum znalezione przez AirBnd ( zaczęłam mocno doceniać ten portal), założenie, że zabieramy ze sobą trochę jedzenia. Ten kto nigdy nie był w Norwegii musi być świadom tego, że jest tam drogo głównie jeśli mówimy o produktach spożywczych.

 

Okazało się, że mimo pełnej szafy ubrań biegowych kilku rzeczy mi brakowało jak ciepłej odzieży termicznej i tu z pomocą nadciągał Brubeck. Komplet Thermo: termiczna bluza i spodnie w fantastycznym różowym kolorze J

Pierwsza myśl jak ja wszystkie biegowe rzeczy zapakuje w bagaż podręczny- plecak, bo założyliśmy sobie, że tylko bierzemy taki bagaż.

Zatem z nowości, które zamierzałam wypróbować na wyjeździe miałam bieliznę Brubeck i nowiusieńkie Hoka Speed Instinct.

Gdzie jak nie na treningu trzeba wypróbowywać wszystko co nowe. Pamiętajcie nigdy na zawodach!!

 

Dzień 1

Postanowiliśmy zrobić małe rozeznanie w terenie. Apartament mieliśmy idealnie położony dosłownie kilka metrów od gór. Zakładaliśmy sobie, że zrobimy na spokojnie około 20 km. Trzeba dodać , że słońce w Bergen wschodziło dopiero o 9.00, a zachodziło dość wcześnie, bo koło 16.00. Zatem w tym godzinach za dnia chcieliśmy się wyrobić. Oczywiście  na wszelki wypadek jak wybiegam  w góry mam ze sobą czołówkę. Zakładam nową bieliznę Brubecka i nowe Hoka Speed Instinct. Cel numer jeden podbieg pod Urliken (643 m n. p.m) Szczyt jest punktem widokowym Bergen. Na początku wszystko ładnie piękne, punkty widokowe  zaliczone, zdjęcia porobione i im wyżej, tym pogoda coraz gorsza mimo tego, że wszystkie  stacje meteorologiczne wskazywały, że ma być dość ładnie tzn. ma nie padać.  Wdrapujemy się pod górę i przed nami skały ułożone jak schody, które są oblodzone. Zaczyna wiać i lekko padać Zakładam przeciwdeszczową kurtkę , kaptur na głowę. Przy schodach mini poręcze, a właściwie pałąki już mocno zdezelowane, ale myślę sobie, że lepiej przytrzymam się, bo jednak Hoka Instinct nie koniecznie dobrze mi się trzymają podłoża. Tu mam pierwszą nauczkę dobre rękawiczki. Dobre to znaczy wodoodporne. Poręcz była mokra i moje rękawiczki od razu przemoczone, a im wyżej, tym zimniej więc czuję, że ręcę zaczynają mi kostnieć. Wdrapałam się na górę, ale wietrzysko było tak ogromne, że szukałam czegokolwiek, żeby się skryć. Zapinam wszystko dokładnie, zakrywam buffem każda szczelinę i dalej do przodu , bo to dopiero początek.

Dobiegamy do kolejnego wzniesienia , a tam zaczyna padać na początku śnieg, potem grad, wiatr tak silny, że na szczycie ledwo stoję. Czekamy aż wszyscy wejdą na górę w między czasie kucam, bo wiatr tak mną targa, że nie mogę utrzymać się na nogach.

Jeśli chodzi o oznakowanie to niby wszystko jest, ale tak dużo szlaków, dróżek i do tego wiatr i sypiący nam w twarz śnieg, że staramy się trzymać bardzo blisko siebie, żeby się nie pogubić. Jednym okiem chwytam widoki, piękny domek, jeziorko, ale tu musi być pięknie latem.

W nogach mamy zaledwie jakieś 8km, ale czujemy się przemarznięci, przemoczeni . Nie takiej pogody się spodziewałam, nie na to byłam nastawiona . Dobiegamy do schroniska  , które dopiero co zaczyna funkcjonować . Para Norwegów dopiero rozpala w piecu także w środku zimno. Jedyne co dobre, że nie wieje i nie pada nam na głowę. Ja czuję , że zaczyna mną telepać. Skaczę, żeby choć trochę rozgrzać ciało. Zjadam energetyczny baton ( ostatnio podpasowały mi organiczne batony Squezzy – nie za słodkie, dobrze się je zjada- wiecie o co chodzi jak biegnie masz sucho w ustach i jak masz zjeść równie  suchego batona, który nie rozpływa się w ustach to tak, jak rzuć kapcia) niby szczegół, a uwierzcie mi, że na długich trasach bardzo ważne czynnik przyswajalności pokarmów. Popijam gorącą herbatą za „jedyne” 25 pln w przeliczeniu. Zastanawiamy się co robić dalej. Wszystko mokre, zimno. Podbieg do schroniska zajął nam znacznie więcej czasu niż przypuszczaliśmy, a z tyłu głowy mamy , że szybko robi się ciemno. Kierujemy się rozsądkiem i zbiegamy do miasteczka.

Śmialiśmy się, że Urlika jak kobieta kapryśna i pokazał nam swoje różne oblicza. Przetargała nas.

Po południu odpoczynek i z produktów, które mieliśmy i kilku które dokupiliśmy w pobliskiej Remie udało mi się wyczarować super energetyczny makaron z warzywami w sosie pomidorowym.

 

 

 

 

Dzień 2

 

Tu planujemy już dłuższe wybieganie około 45 km. Zabieram ze sobą w plecak wszystko co mam najcieplejsze. Nauczona wczorajszym przemarznięciem teraz nie dam się. Pakuje wszystko w worki, żeby mi nie przemokło i do plecaka. Biegam z Dynafit Enduro 12 – kompromis ceny do jakości. Pierwszy raz w nim biegam na weekend majowy w Dynafit Run Adventure i przypasował mi. Co prawda mógłby być bardziej dopasowany, bo jest tylko unisex, ale co najważniejsze nigdy mnie nie zawiódł, a wszystkie ultra biegi w górach w jego towarzystwie przebiegłam. Soft flaks’y w jednych woda, w drugim yerba mate, batony, żele, żelki. Ruszamy chwilę przed 9.00. Jeśli biegną ze mną chłopaki tak, jak  w tym przypadku to zupełnie odcinam myślenie o trasie  zdaje się zupełnie na nich. Mam wolną głowę i mogę korzystać z biegania, widoków .

Celem miało być dotarcie do….. jednak jak to w życiu bywa plany nam się zmieniły, bo zgubiliśmy szlak. Zaczęliśmy schodzić z góry , ale nie tym zejściem co trzeba i trafiliśmy na naprawdę nie ciekawe zejście – krzaki, bagna to już była walka, ale ko końcowi ukazał się nam przepiękny las gdzie drzewa były pokryte niebywale zielonym mchem. Wyglądało to, jak z bajki. Czegoś takiego jeszcze w życiu nie widziałam. Pokonywanie kolejnych kilometrów dół to było zsuwanie się jak tylko się dało, chwytanie się drzew, traw, ale cel jeden byle na dół. Zsuwanie się, ześlizgiwanie w mokrych butach, oblepionych błotem zajęło nam sporo czasu, więc będą już na dole zdecydowaliśmy , że nasz cel nie zostanie osiągnięty. Dwa wyjścia albo kończymy bieg i wracamy do domu, albo mamy jakieś 8 km do tamy, którą warto zobaczyć. Ja wychodzę z założenia, że skoro już w danym miejscu jestem to biegniemy co prawda trasa wiodła asfaltem, ale widoki ładne. Jednak okazało się, że zejście z gór mocno obciążyło moje nogi i zaczęłam mieć kryzys te 8 km ciągnęło mi się strasznie. Dotarłam, tamę zobaczyłam szczerze jakiegos większego wrażenia na mnie nie zrobiła i wracamy, bo robić się  zimno i późno, a domu apartamentu jeszcze przed nami  kawałek czyli około 12 km. Powrót niestety asfaltem, czołówka na głowę i przed siebie. Czuję, że brak mi sił , więc na początek rozpracowujemy tabliczkę czekolady, a później w miarę upływających kilometrów pakuję sobie dosłownie po kilkanaście sztuk żelków. Zaczynam  je coraz bardziej lubić, doceniać maja fajny kwaskawy posmak i dodają mi wystarczającą ilość energii, żeby biec dalej bez kryzysu. Dobiegamy na miejsce jak jest już całkowicie ciemno, Garmin wskazuję 46 km. Czuje, że zrobiłam dobry trening.

Teraz zasłużony relaks i oczywiście pyszny, regeneracyjny makaron.

 

 

Dzień 3

 

Dzień wylotu, więc rano postanawiamy śmignąć na pobliska górę Løvstakken 477 m n.p.m, łącznie 10 km. Wyruszamy jak jeszcze szarzeje. Na samym szczycie zastaje nas przepiękny wschód słońca oj dla takich chwil naprawdę warto J

Szybki prysznic i pakowanie. Pakowanie to może zbyt górnolotnie napisane upychanie wszystkiego do plecaka. Na drogę i do samolotu przygotowuję nam tortille. Odkryłam tortille idealnie nadają się na takie akcje- to, co zostało po prostu wkładam do tortille i zawijam – smaruję każdą tortillę rozgniecionym awokado do tego batat, świeży szpinak  i łącznikiem jest kus kus.

Po treningu idealna przekąska- sycąca, ale nie zapychająca. Daje poczucie sytości, a nie zapycha.