close
CHALLENGE RICCIONE 2018

CHALLENGE RICCIONE 2018

18 maja 2018418Views

Majówka już dawno minęła. Pozostała mi po niej opalenizna i wspomnienia po starcie w Challenge Riccione na dystansie sprint. Włochy – postanowiłam, że tam rozpocznę sezon. Całą familią pojedziemy na majówkę, a przy okazji sobie wystartuję. Takie przyjemne z pożytecznym. Zakładałam, że będzie ciepło, słonecznie, a jednak pogoda nie rozpieszczała. Trochę w kratkę, ale jak tylko słońce wychodziło z za chmur łapałam je garściami. Dzień przed zawodami wpadłam na stragan z warzywami, na którym okazało się , że pracuje Polka. Rozmawiamy chwile. Zapytana co tu robię mówię, że przyjechałam na zawody triathlonowe. Widzę po minie, że pani nie bardzo rozumie o czym mówię. Kilka razy powtarzam nazwę triathlon i po chwili Polka uśmiecha się i mówi aaa ……w teatrze 🙂 🙂  Zatem opowiem Wam trochę o spektaklu w 3 aktach , w którym miałam przyjemność wystąpić.

 

W piątek odbiór pakietów. Raz, dwa, bez problemów. Dumnie prezentuje swoją licencje przy odbiorze skromnego pakietu.

 

W kopercie dostałam numery startowe, chip, a do ręki koszulkę. Żadnych worków na zmiany, nic, a nic. Pomyślałam, ze może będzie koszyk w strefie, ale myliłam się. W race booku nie znalazłam też żadnych informacji odnośnie mojego dystansu, tylko wszystko o 1/2. Zatem trzeba było działać na czuja. Powiem szczerze, że jakby to był mój pierwszy start to byłabym mocno zagubiona. Nie było instrukcji jak przylepić nalepki, które na kask, które na rower. Po wcześniejszych startach wiedziałam co i jak. Teraz  byłam bardziej wyluzowana ( przynajmniej tak mi się wydawało )  niż zazwyczaj bo krótki dystans- 750 m pływania, 20 km rower i 5 km biegu. Jak to mówią chłopaki wszystko trzeba cisnąć w pałę 🙂 🙂 🙂 W sobotę start o 9.20 same dziewczyny. Dopiero o 12.00 ruszał testosteron. Trochę z duszą na ramieniu myślałam o pływaniu w falach, które dnia poprzedniego widziałam. Nawet pokusiłam się , żeby pójść do organizatora i podpytać się czy będą jakieś zmiany  związane z tymi bałwanami na brzegu? Decyzja miała być podjęta rano w dniu zawodów.

 

Akt 1

Sobota. Na spokojnie rano kawusia, bułka z dżemem truskawkowym. Mali kibice ( czytaj moje dzieci ) ogarnięci i jedziemy na start. Strefy zmian w jednym miejscu. Idę odstawić rower do strefy. Pieczara na głowę, numer startowy na biodra, bojowe nastawienie, krew w żyłach zaczyna lekko wrzeć i nagle …. stop, stop Włoch łamana angielszczyzną zatrzymuje mnie i pokazuje, że nie mogę wejść z rowerem. Jak to przecież muszę zostawić moją Bestie w strefie ? Co się dzieje? Dostaję informacje , że na moim dystansie nie można mieć lemondki przy kierownicy. Zrobiło mi się gorąco. Co teraz? Jak pojechać na rowerze bez roweru? Zaczynam rozmawiać , wypytywać skąd miałam wiedzieć ? W race booku nie było takiej informacji. Włosi patrzą na mnie i mówią, że u nich to normalnie , że na sprincie takie są zasady, że są to zawody z draftingiem. Wszystko we mnie buzuje. Marta myśl , myśl . Nie mogę odłączyć lemondki w swoim rowerze, bo przerzutki, wszystko mam do niej zamontowane. Zatem jazda na Bestii jest całkowicie wykluczona. Idę, nie właściwie biegnę do biura zawodów, bo czas mi się kurczy. Takiego elementu nie było w planach. Czy to nie może wszystko iść gładko? Czy zawsze wszystko pod górę? W biurze zawodów ciężko się dogadać po angielsku , ale jakoś daje radę. Tłumacze, pokazuje. Wszyscy przytakują , że nie można jechać z lemondką. Mówię ok, rozumiem w sumie to logiczne, że przy jeździe z draftingiem chodzi o bezpieczeństwo, ale jakie rozwiązanie? Potrzebuje  inny rower. Do jednego dochodzimy wspólnie, że nigdzie nie było podanej informacji odnośnie dozwolonych rowerów. Organizatorzy , gdzieś dzwonią, machina rusza. Idę za jedną z organizatorek na expo i na stoisku Kuota zdejmują z wieszaka pokazowego rower na sprzedaż.

Z mojego roweru do nowego przykręcane zostają moje pedały. Pytają się czy zmieniamy siodło mówię, że nie zbyt krótki dystans pojadę na tym, co jest. Przerzutki w manetkach  – nigdy na takich nie jechałam. Wsiadam w klapkach na rower jadę  kilka metrów, żeby ogarnąć hamulce i mówię , ze ok pojadę na tym rowerze. Męża proszę, żeby nastawił mi przerzutkę na taki blat, żebym cisnąć ile wejdzie. Nie mam czasu na naukę, oswajanie. Nerwowo zerkam na zegarek, bo zaraz zamykają strefę zmian. Wkładam rower do strefy o  9.09, a o 9.15 zamykają. Patrzę jak inne dziewczyny poukładały sobie rzeczy, bo nie ma worków, koszyczków- wolna amerykanka.

Rzut okiem , gdzie wisi rower. Wbijam sobie w głowy, że mój „ nowy” rower ma inne kolory czarno- czerwone,uff pasuje do stroju Luft Tri Team 🙂 Wychodzę ze strefy ostatnia. Mąż z dziećmi poszedł przeparkować auto, bo tam gdzie stali zaczęli odhowolowywać. Zostałam sama. Lekka panika. Pędzę na start, z plecakiem na plecach, bo mąż miał przejąć, wiec nie zostawiałam w depozycie. Szybko ubrałam się w piankę, czepek, okularki, chip. Nerwowo szukam mojej ekipy saportującej. Minuty mijają, a ja na brzegu z plecakiem. Ratunku. Patrzę na brzegu knajpka o fajnej nazwie Flaming. Biegnę i mówię po angielsku, ze zostawiam plecak , zaraz mąż po niego przyjdzie. Mina Włocha mówi sama za siebie, że nie rozumie. Trudno rzucam plecak pod ladę i pędzę na start. Byłam już w takim uderzeniu, że nawet nie miałam czasu, żeby zestresować się cała sytuacja. Nawet przestałam analizować fakt, że mam inny rower.  Różowe czepki tłoczą się przy starcie. Strzał . Ruszyłam. Pierwsza prosta fale atakują. Prosto na mnie. Walczę. Góra, dół, góra. Patrzę na boki- wszystkie dziewczyny walczą. Włącznie z tym, ze cześć dziewczyn płynie na grzbiecie. Zawijam za bojkę, a tu fale atakują mnie z lewego boku. Mam wrażenie, ze stoję w miejscu. Fale tak duże, że raz czuje , że prawie szoruję brzuchem po dnie, a innym razem wyrzuca mnie do góry. Słona woda unosi elegancko, ale brak doświadczenia z falami powoduje , ze walczę o życie. Zawijka i tu już fale niosą, ale góra dół góra powoduje , ze mój żołądek nie jest pocieszony. Marzę o tym, żeby zatrzymać ten żywioł. Oczywiście troszkę sobie solanki wypiłam i czułam się już jak słony śledź. Uff brzeg. 300 m i zmiana . 1/3 spektaklu za mną.

 

Akt 2

Biegnąc przez strefę cały czas powtarzam sobie, że mam inny rower. Muszę o tym pamiętać. Zdejmuje na tyle szybko , ma ile potrafię piankę. Rzucam ją ,gdzie popadnie, bo nie mam worków, koszyczków także strefa zmian wygląda, jakby przeszedł przez nią armagedon.  Wsiadam na rower i dzida. Pędzę ile sił, bo w głowie mam, że to tylko 20 km i można to zdrowo pocisnąć. Na nowej Bestii czuję się dobrze , ale nie mam odwagi bawić się przerzutkami i cała trasę cisnę w pedał na dużym blacie. Do zrobienia mam dwa kólka. W jedna stronę elegancko z wiatrem. Jedzie się przyjemnie choć jest trochę brukowana trasa , hopki, jedna mała górka – zjazd i podjazd pod wiaduktem, ronda, kilka prostych, na których z chęcią położyłbym się lemondce, a tak cisnę barana. Nie jest to trasa do osiągania zawrotnych prędkości, ale i tak postanowiłam mocno depnąć . Na końcu pociągnęła za sobą peleton dziewczyn. Jak na tak spontaniczną akcje z rowerem byłam z siebie zadowolona i Kuota sprawdziłam mi się , nie zawiodła mnie choć nie była przeze mnie ujarzmiona 🙂

Akt 3

Rower na wieszaczek. Szybka zmiana i dzida na bieg.  Tylko 5 km, ale po mocnym rowerze wydawało mi się, że stoję w miejscu. Nogi jak z betonu. Bieg to były dwie rundki po deptaku w Riccione. Fajny klimat- kibice, w tym moja rodzina, która z całych sił dopingowała. Wołanie dzieci „ mama, mama” działa jak zastrzyk adrenaliny. Mąż jako fotoreporter sprawdził się w 100% i myślę, że psychicznie dobrze nastawił się  do swojego  startu  (połówki ) w kolejnym dniu . Jak to ja na metę wbiegłam uśmiechnięta, zadowolona. Czerwony dywan niczym w Cannes ma niebywała magię. Nie ważne, która wbiegłam na metę i tak czułam się wygrana, wyjątkowa. Cieszę się cała sobą. Po przekroczeniu mety czekała mnie istna uczta- mini pizzetki, słodkie rogaliki, pączki, pomarańcze , zimny Red Bull.

Krótki dystans ma swój charakter, dynamikę, taki swój pazur. Podobało mi się. Choć była chwila grozy i zwątpienia, czy wystartuję to zawody te będę miło wspominała.

Do następnego startu 🙂

Ogromne podziękowania dla Kuota Bikes za udostepnienie roweru, dzięki któremu mogłam wystartować w zawodach.

MPassions