close
CISZA, KTÓRA MASZ WRAŻENIE,ŻE WCHŁONĘŁA NAWET SZUM WIATRU

CISZA, KTÓRA MASZ WRAŻENIE,ŻE WCHŁONĘŁA NAWET SZUM WIATRU

14 lipca 2017173Views

LUT2017 – Lavaredo Ultra Trail – w zeszłym roku ten bieg był moim marzeniem, a teraz jest już wspomnieniem i to jakim  🙂 Najbardziej malownicza, a wręcz bajkowa trasa jaką biegłam na zawodach. Magia włoskiej panoramy Dolomitów, niesamowita atmosfera  sprawiają, że to wydarzenie pozostanie na długo w mojej pamięci.

 

LUT2017 to wielkie przedsięwzięcie, gdzie przez 3 dni odbywają się zawody na różnych dystansach. Począwszy od biegu dla dzieci, poprzez 20 km, 48 km, a kończąc na 120 km. Każdy znajdzie coś dla siebie. W zależności od dystansu zapisy na poszczególne biegi rozpoczynały się od jesieni. Na 48 km trasę, która wybrałam zapisałam się dokładnie 1 grudnia. Po dwóch tygodniach  dostałam potwierdzenie, że wśród 2400 zgłoszonych osób zostałam wylosowana. Maksymalna ilość uczestników to 1500  na tej trasie. Kolejny raz okazało się, że warto podejmować działania.  Tak, jak i przy maratonie w Tokio zadziałała maksyma, że jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz. Szczęście w losowaniu uśmiechnęło się do mnie i tym razem :).

Wydawało mi się, że do dnia startu ( 24 czerwca 2017)  mam jeszcze dużo czasu – 6 miesięcy . Jak to w życiu bywa czas szybko zleciał i już siedziałam w samochodzie pędząc  do Cortina D’Ampezzo. Jak nie ja miałam w sercu niebywały spokój. Pewnie wiele czynników na to wpłynęło. To, że mój mąż obwieścił mi, że ten bieg pobiegnie ze mną, że będzie moim wsparciem.To, że trzy  tygodnie wcześniej brałam udział w górskich zawodach Bieg Marduły . Głównie chodzi mi o fakt obcowania z górami, gdzie jako mieszkanka Warszawy prowadząca normalne życie dom, praca, dzieci wyjazdy w góry traktuję wyjątkowo. Żadna imitacja treningu górskiego nie odda ducha walki w prawdziwych górach.

Postanowiliśmy drogę do Cortiny  podzielić sobie na dwa etapy. Nie chcieliśmy gnać całej odległości 1200 km na raz. W środę po pracy pokonaliśmy połowę trasy i zatrzymaliśmy się w Ołomuńcu . Na drugie dzień z rana ruszyliśmy już do celu . Chwytałam wzrokiem niebywałe widoki, które otaczały nas na prawie całej długości trasy. Widziałam jak zmienia się charakterystyka gór po stronie austrackiej, a jak po stronie włoskiej. Coś niesamowitego. Wjeżdżając do miasteczka od początku czułam magię tego miejsca. Nie bez kozery Cortina jest nazywana „Królowa włoskich Dolomitów” położoną w sercu gór. Z za okna samochodu udało się nam nawet zobaczyć zawodników kończących dystans 20 km, którzy biegi w czwartkowe popołudnie. Już serce zaczęło szybciej bić, już atmosfera zawodów zaczęła mi  się udzielać.

Podjechaliśmy pod nasz apartament i tu przywitał nas szyld „Welcome tu Corina”. Całe miasteczko żyło zawodami. Na recepcji przemili ludzie, z niczym nie ma problemu nawet z wprowadzeniem naszych rowerów do pokoju 🙂 po prostu cudowne „Enjoy your self”, którym nas raczono.

 Po podróży nie mogliśmy sobie odmówić rozkoszy podniebienia i wpałaszowaliśmy po pizzy. Niebo w gębie. W knajpce świetna atmosfera, przepyszne jedzenie, fajny klimat.

Odbiór pakietu i expo

W piątek celem numer jeden było dla mnie odebranie pakietu. Niby byłam wyluzowana, wiedziałam, że pakiety można odbierać cały dzień, ale wolę powinności mieć odhaczone, a potem przyjemności czyli ładowanie węgli we włoskiej knajpce 🙂 Na początek poszliśmy na linie startu/mety zobaczyć jak wszystko wygląda. Witryna North Face cała informująca o zawodach, pokazane trasy, filmik na TV.

Idąc główną uliczką pełną knajpek widzimy, że kelnerzy maja T-shity z logo The North Face Lavaredo Ultra Trail. Jest to fantastyczne uczucie, że wszyscy czują się częścią tych zawodów. Jest klimat, atmosfera, emocje. Na każdym kroku biegacze. Nie czas i nie miejsce tu dla pańć w szpilach. Tu królował sportowy strój. Wszystko dobrze oznakowane, więc po strzałkach jak w podchodach w harcerstwie trafiamy  do miejsca wydawania pakietów ( tak, tak byłam kiedyś harcerka i miło to wspominam).

Co ważne zanim odbierze się pakiet nie wystarczy tylko dowód osobisty. Trzeba być odpowiednio przygotowanym to znaczy mieć ze sobą plecak wyposażony w obowiązkowy sprzęt, który należy mieć ze sobą na biegu. Zawartości plecaka jest skrupulatnie sprawdzana, a w nim powinny się znaleźć : soft flashe ( mam 2 po 500 ml i 2 po 350 ml)lub Camel back coś w czym będzie się miało co najmniej 1 litr płynów, kurtka przeciwdeszczowa z kapturem, koszulka z długim rękawem, długie spodnie lub ¾ , koc ratunkowy, gwizdek, składany kubek, buff, rękawiczki. To było takie must have. Oczywiście później jeszcze sobie co nie co doładowałam do bagażu głównie catering 🙂

W pakiecie znajduję numer startowy i koszulkę. Rewelacyjnie przygotowany numer startowy- pierwszy raz spotykam się z takim pomysłem , gdzie na pod numerem  znajduje profil trasy tak przygotowany, że spokojnie jako zawodnik sobie na niego zerkam. Do tej pory sama drukowałam profil i laminowałam i gdzieś wciskałam w plecak co w trakcie biegu nie było łatwe do wyciągnięcia. Taka forma jaką miałam teraz była w zasięgu ręki i wzroku.

Następnie ruszamy na Expo, które ku mojemu zaskoczeniu było całkiem spore. Może nie tak ogromniaste jak w Tokio. Tego to chyba nic nie jest w stanie przebić. Znajduje na wystawie moja ulubiona markę sportowych butów Hoka One, One pierwszy raz na jakimkolwiek Expo ich widzę 🙂 Fantastyczne stanowisko Compressport, które prezentuje niezliczona ilość produktów, we wszystkich kolorach tęczy i do tego jeszcze specjalną serie wyprodukowana na potrzeby LUT , gdzie od dołu do góry można się było ubrać niczym ambasador biegu 🙂

 

Mnie najbardziej zainteresowało stanowisko Rudy Project, gdzie spędziłam chyba kilka dobrych godzin, wpadłam jak śliwka w kompot. Istniała możliwość spersonalizowania sobie okularów ( zmierzałam je wykorzystywać zarówno do biegania , jak i roweru – zatem kolorystyka była tu dużym wyzwaniem 🙂 🙂 🙂 ) Drugim niekwestionowanym argumentem wyboru przeze mnie tej firmy był fakt, że mają możliwość regulowania zauszników. Ja mam z tym problem, że przy dłuższej aktywności sportowej w okularach zaczyna mnie wszystko cisną, boleć głowa. Na końcu expo prezentowali organizatorzy różnych biegów górskich. Słuchajcie jest, gdzie biegać, startować, spełniać marzenia, realizować cele, jest jeszcze wiele gór, tras do sklepania. Opuściłam Expo z pakietem w ręku, ślicznymi, wymarzonymi okularami Rudy Project i nowymi marzeniami.

Wracamy do apartamentu chwila relaksu, odpoczynku, nogi do góry, ale nie mogę się powstrzymać i  przygotowuję sobie wszystko rzeczy na jutro, dopakowuje plecak. Wybieram smakołyki na całą trasę. Mam już standardowe „procedury”- rozgazowanie coli, ładowanie Garmina, pakuję do plecaka moje „magiczne amulety”, które wierzę, że nade mną czuwają. Lokum mamy tak blisko startu, że nic nie będziemy oddawać do depozytu zatem pakuję tylko to, co zabieram na bieg.

Powinnam położyć się wcześnie , bo sen to najlepsza regeneracja, ale nie mogę sobie odmówić , żeby nie pójść zobaczyć startu zawodników na 120 km. Jest to niebywały widok wręcz czuje się jak na spektaklu. Start o 23.00, a już od 22.00 widać zbierające się postacie przy starcie. Jedni zestresowani, tempo patrzący się przed siebie, pełni koncentracji, inni w grupkach śmieją się uradowani, że czeka ich przygoda. W takich chwilach przypatruję się jak ultrasi są ubrani, jakie mają  patenty na np. przyczepienie kijków do plecaka, czy pod czołówkę zakładają czapki z daszkiem czy buffy. Niby każdy ma swój rozum i wie co dla niego dobre, ale lubię poobserwować. Ku mojemu zdziwieniu i radość bardzo dużo biegaczy wyrusza w góry w butach Hoka One One. Jedno piją jeszcze tuż przed startem jakieś dziwne mieszanki, inni jedzą jakieś swoje magiczne specyfiki. Każdy z nich ma swoja filozofię, swój sposób, aby przetrwać długi dystans. Mimo, że dzień jest długi to już na zewnątrz ciemno. Tuz przed 23 większość zawodników tłoczy się już przy starcie, a nie jest ich mało. Widok niesamowity wręcz imponujący.

Z głośników  organizatorzy puszczają utwór Road to Hell- emocje wzrastają. Padają słowa „Time to play”, a ja słyszę „Time to pray”  – każdy słyszy co chce. Następnie zostaje puszczony hymn zawodów utwór Ennio Morricone  – The  Ecstasy of Gold. Włączcie sobie ten utwór i czytajcie dalej.

Zapada absolutna cisza, która masz wrażenie, że wchłonęła nawet szum wiatru. Gwar cichnie słuchamy utworu, który powoduje, że mam ciarki na plecach . 1500 zawodników właśnie za chwile pobiegnie w całkowitą ciemność, w góry mając tylko czołówki na głowach. Każdy ze swoimi myślami, swoim strachem, euforią, nadzieją , radością, marzeniami i założeniami co do ukończenia tego biegu. Jedni byle przebiec, dobiec. Inni widać, że już się gotują, przebierają nogami , żeby tylko wystartować. Stoję pośród żon/mężów, matek/ojców, narzeczonych, kochanek/kochanków, partnerek/partnerów wysyłających swoje połówki w otchłań. Najbardziej rozczulają mnie oczywiście dzieci tulące się do mam/ojców, ostatnie buziaki , odliczanie i pobiegli.  Teraz w tych zawodach  startujemy startujemy w tym samy dystansie, który ruszamy następnego dnia o 8 rano. Pamiętam jak dziś kiedy stałam w zeszłym roku o 24.00 za barierkami wśród kibiców na zawodach Glossglockner Ultra Trail. Mój mąż wtedy startował  wybiegając w czeluści gór. Wiem, że ma silny charakter, że da radę, że trzymała go adrenalina, ale jak widziałam ostatnie światełka przekraczające linię startu ta pewność przygasła. Teraz dlatego byłam w stanie wyobrazić sobie jakie uczuci  targają kibicami.

W przypadku tego biegu miałam komfort, że moja druga połowa startowala ze mną na drugi dzień i razem podejmowaliśmy wyzwanie.

Dzień startu, sobota 24 czerwca

Standardowo rano na śniadanie zjadłam bułkę z dżemem, ledwo mogłam przełknąć ( lubię różne smaki, ale przed zawodami tylko truskawkowy).Próbowałam już różnych opcji śniadaniowych – owsianka, kasza jaglana z rodzynkami z cynamonem i miodem. Wszystko brzmi smakowicie, ale nie koniecznie przed zawodami. Jestem świadoma, że po takim śniadaniu na dłuższy czas starczyłoby  mi energii, ale i tak, jak bumerang wracam do klasyku buły z dżemem. Chyba już mam dosyć tych „zdrowych” teorii żywieniowych. Przegrzałam się tapioką, chią i jarmużem. Ciasto chcę, żeby było drożdżowe, a nie z buraków, jajecznica ma być z jajek , a nie z tofu fu:)

Na linie startu mieliśmy blisko, więc na spokojnie podeszliśmy , bez pośpiechu. Na dworze lampa już z rana  około 18 stopni. Fajnie, bo nie telepało mną jak to miewam tuż przed startem, bardziej ze strachu niż z zimna. Zdawałam sobie jednak sprawę, że ta poranna przyjemna temperatura w późniejszych godzinach da mi popalić. Pierwsze kilometry  cały czas pod górę. Dużo zawodników, czasami wąskie ścieżki, więc zdarzało się korkować. Nie był to mój pierwszy bieg górski o takim  dystansie, więc miałam  w sobie wewnętrzny spokój i przekonanie, że dam radę, że ten dystans mnie nie przerośnie, że mniej więcej wiem czego mogę się spodziewać. Wiadomo, że w górach wszystko może się zdarzyć – kontuzja, załamanie pogody itp. Na profilu trasy były zaznaczone wykrzyknikami miejsca, gdzie według organizatorów było albo strome podejście, albo stromy zbieg. Byłam mile zaskoczona, jak odkrywałam po drodze, że żadne z tych miejsc nie było mi straszne. Nawet ich nie odczułam. W takich chwilach moja głowa dostała zastrzyk energii, że coś co powinno być trudne, przychodzi z łatwością. Czułam moc. Oczywiście były podejścia, na których sapałam przejścia przez potoki, gdzie trzeba było pokicać zgrabnie po kamieniach, albo dać solidnego susa, żeby suchą nogą biec dalej. Raz mi się udało, a innym razem w butach chlupało 🙂 Cała trasa była niebywale malownicza, przepięknie położone szlaki.

Góry mnie zachwycają, ale też czuje ich potęgę i wtedy zaczynam się ich bać. Natomiast ta część Dolomitów, która mnie w danym momencie otaczała była dla mnie przyjazna. Witała mnie na każdym kroku i pozwalała poznać się z jak najlepszej strony. Musiałam uważać, żeby ta gościna nie uśpiła mojej czujności. Na trasie było wyznaczone miejsce z limitem czasowym na Passo Giau na około  30  km. Ważne, aby dotrzeć tam o czasie. Na punktach żywieniowych nie interesowało mnie jedzenie. Trzymam się mocnej zasad, że jem tylko to, co mam w swoim cateringu. Uzupełniałam tylko wodę. Było tak upalnie, że miałam wrażenie, że wypiłam całą cysternę wody. Nowością było to, że do jednego bidonu wcisnęłam sobie żel energetyczny.  Wpisuję sobie tę pozycje do swojego menu.

Cudowne widoki, ale jak zwykle nie miałam czasu i możliwości, żeby przystanąć i podziwiać. Zawsze wtedy sobie powtarzam, że warto byłoby kiedyś w takim miejscu pojawić się nie tylko na zawodach, ale może właśnie magia tych chwil powinna być taka ulotna? Ostatnie 10 km biegło cały czas w dół. Przy ostatnich km  już mi się dłużyło, zbiegłam już z wysokich gór, nie było tak pięknych widoków, czułam już trochę zmęczenie i wypatrywałam mety. Ostatnie metry wiodły mi znaną już drogą przez miasto. Pojawili się kibice, bili brawo, krzyczeli, gratulowali. Uwielbiam to uczucie, zmęczenie od razu mi przechodzi 🙂 Na ostatniej prostej przybiłam piątkę z grupką dzieci, która witała wbiegających zawodników i  tu już się rozkleiłam, serducho mi ścisnęło, myśli popędziły do moich urwisów. Po zawodach zawsze zadają mi to samo pytanie”Mamo byłaś pierwsza?” hmmm…. 🙂 Kolejnym miłym akcentem ostatniej prostej był szpaler, który tworzyli ludzie siedzący w knajpce tuż przed metą. Oni już właściwie nie siedzieli w knajpce tylko wyszli przed. Wiwatowali, śmiali się, dopingowali. Choćbyś nie wiem jak był/była zmęczony/a  widząc tych kibiców, czując tę atmosferę wbiegasz z uśmiechem na metę.

Były to jedne z fajniejszych górskich zawodów jakie do tej pory przebiegłam – trasa, ludzie, atmosfera wszystko pozostanie w mojej pamięci jako niesamowita przygoda. Warto to przeżyć. Jak teraz piszę dla Was tę relację wspominam sobie ten bieg to cieszę się, że czasami wpadam na takie wariackie pomysły.  Ciekawe co znowu wymyślę?