close
GÓRY I DOLINY, WZLOTY I UPADKI

GÓRY I DOLINY, WZLOTY I UPADKI

12 czerwca 2017420Views

Nie pamiętam już nawet ile miesięcy temu zapisałam się na Zakopiański Weekend Biegowy ( 3 dni biegania po Tatrach).Wiecie jak to jest , jak do finału jest dużo czasu to czuję się odważna, w myślach góry przenoszę. Mam pełno planów, postanowień. Jak będę trenowała, czego to ja nie będę robiła, jakie partie ciała wzmacniała, żeby tylko dobrze pobiec w górach. Im bliżej startu, tym bardziej robię się maluśka, tym więcej wątpliwości, pytań czy ja dobrze zrobiłam, gdzie ja się znowu pcham?

 

2 czerwca .Piątek. Pobudka 5 rano. O godzinie 7 rano już wyjeżdżam  z Warszawy kierując się na Zakopane mając  w głowie niezły mętlik. Wszystko zaplanowane, odliczone, bo pierwszy start już o 16.00, a tu trzeba dojechać na miejsce, odebrać pakiet startowy, coś zjeść. Zadawałam sobie sama pytania czy ja jak „normalni ludzie” nie mogę skończyć w piątek pracy i zacząć spokojny weekend , relaks, książka, hamak? No właśnie tak nie mogę i ten weekend w górach pokazał mi, że podjęłam słuszną  decyzję 🙂

Zawsze przed zawodami stresuje się i nie jestem w stanie nad tym zapanować. Moi kompanii wyprawy – 4 czterech chłopaków i ja w tej całej ekipie dziewczyna 🙂 kompletnie nie potrafią zrozumieć  moich emocji. Samochód po dach wypełniony testosteronem i już grzeją stopy , żeby biec, pędzić , ścigać się. Ja odczuwam stres wymieszany z ekscytacją. Z jednej strony rozsądek szepcze mi , że w górach niebezpiecznie, jeszcze zgubie się, zwichnę nogę na kamieniach itd., a z drugiej strony ta bardziej zadziorna duszyczka szepcze mi lubisz to, góry to przygoda, za każdym wzniesieniem kolejne i chcesz je zdobywać. Biegi górskie mają swoja magię, są takie nieprzewidywalne, widoki zapierają dech w piersiach, inne powietrze, inne zapachy. Umówmy się kozicą górską nie jestem ( jeszcze 🙂  )nie osiągam jakiś zawrotnych prędkości na zbiegach, ale pędząc w dół  czuję moc, przenikam otchłań. Uwielbiam jak chłopaki krzyczą :dawaj, dawaj, odpinaj wrotki, puść się w końcu , wydłużaj krok, najwyżej się wywalisz. Ten ich luz mnie rozbraja. Żeby było jasne zbiegać też trzeba umieć zwłaszcza, jak nogi zmęczone od podbiegów.  Zatem moje dwie duszyczki dogadały się i wciśnięta na tylnym siedzeniu miedzy chłopaków jadę walczyć przez 3 dni na górskich szlakach.

Bieg Sokoła

15,6 km, +1013 m

Pierwszy bieg, jeszcze w piątek, więc wszystko na szybko. Zgodnie z planem dojeżdżamy do Zakopanego. Meldujemy się w naszym apartamencie. Zjadamy co , kto miał przygotowane przed startem. Ekipa dobrze zorganizowana każdy w pudełku ma przyszykowane swoje „magiczne” posiłki.  Wyruszamy po odbiór pakietu do Kuźnic. Na miejscu trochę znajomych twarzy. Niektórych spotykam tylko raz do roku właśnie na tym biegu.   Tu nie startuje tysiące zawodników , jak na biegach asfaltowych. Raptem 150 biegaczy, ale jakich 🙂 tu nie ma przypadkowych ludzi. Wpinam numer startowy, depozyt , kilka fotek dla Was i ruszamy. Nawet cieszę się, że wszystko w takim tempie, bo wtedy nie stresuję się tak bardzo tylko działam zadaniowo. Najważniejsze to wystartować, a potem to już niech się dzieje wola….

 

Niby trasa ma jedyne 15,6 km, ale bieganie po górach jest zupełnie inaczej odczuwalne dla moich nóg, to zupełnie inny wysiłek. Jestem w 100% skupiona, mam mega uważność, gdzie  stawiam stopy. Ostatnie metry w dół, po kamieniach czuję, że mam już wytrzęsione wnętrzności i staram się z całych sił spiąć mięśnie brzucha, żeby dobiec do mety bez kolki.  Trasa nie jest zbyt wymagająca, ale jednak czuje zmęczenie. W mieście nie da rady zrobić treningu, który odwzorowałby prawdziwe górskie bieganie. Czuję, że pracowały zupełnie inne mięśnie.

 

Na mecie czuje radość, szczęście. Nogi całe, żadnej wywrotki. Piękna pogoda, nigdzie po drodze się nie zgubiłam się na szlaku, bo to jedna z moich licznych obaw na biegu górskim.

Nie ma co się rozczulać nad biegiem , bo trzeba odebrać pakiet startowy na następny dzień. Zjadam  posiłek regeneracyjny na mecie. Pychota makaron ze szpinakiem i suszonymi pomidorami. Do tego dostawało się jeszcze banana, drożdżówkę i kompot. Jeden z lepszych posiłków na mecie jaki jadłam.  Zazwyczaj omijam szerokim łukiem, a teraz pałaszuje ze smakiem. Tuż po biegu raczej nie mam ochoty na jedzenie, ale chłopaki mówią jedz, jedz, bo na kolejny  bieg nie będziesz miała siły.

Z Kuźnic do Zespołu Szkół Hotelarsko-Turystycznych na nogach, żeby odebrać pakiet startowy na bieg Marduły i od razu odbieramy pakiety na ostatni bieg Zamoyskiego, bieg do Morskiego Oka . Fajne jest to, że do każdego biegu dostaje koszulę techniczną :)Czas się nam kurczy, bo trzeba chociaż chwile odpocząć, dać organizmowi zregenerować się , bo w sobotę o 7 rano start . Tym razem 32 km i już nie przelewki, bo suma podbiegów wynosi 2218 m. W apartamencie rolowanko – używam „kijka”i mam wrażenie, że działa. Chociaż trochę odpuszcza mi napięcie mięśni. Przygotowuje sobie strój startowy, plecak wypełniam żelami, batonami , bidony, numer startowy, na wszelki wypadek pakuje cienką kurtkę . Staram na dłuższych biegach dbać o swój catering i dostarczać organizmowi co godziną jakieś paliwo. Moja kolejna obawa, żeby mnie nie odcięło , gdzieś na trasie.W kuchni rozgazowuję colę. Doświadczenie pokazało mi, że nie wystarczy tylko otworzyć butelki i zostawić na noc. Warto przelać do jakiegoś naczynia, dzbanka i trochę pomieszać, aby dobrze rozgazować. Jak się wleje do softflash źle rozgazowaną cole i biegnie się po górach to wyobraźcie sobie co się dzieje. Kładę się wcześnie spać, bo wiem, że najlepiej regeneruje mnie sen, a jutro znowu trzeba wstać  po 5.

Bieg Marduły

32 km,  +2218 m

Selfie tuż przed startem.

Pobudka o 5.30  na śniadanie bułka drożdżowa z dżemem . Rano nie za bardzo mogę coś przełknąć , a to jest jedyna rzecz, która przechodzi mi przez gardło. Wychodzimy i czuję, że mimo tak wczesnej pory już jest ciepło. Na ten bieg dodatkowo zabieram kije. Przy podejściach dużo mi pomogą. Po biegu w Krynicy 65 km wiem, że nic mi nie przeszkadzają, bo tam cała trasę biegłam z kijami w rękach, ani razu ich nie składałam. Jak zwykle stresuje się i jestem pełna obaw czy dam radę, czy nie zgubię trasy, żeby nie łapały mnie kolki, żebym nie zwichnęła nogi na kamieniach. Mogłabym  tak wymieniać i wymieniać cały wachlarz  swoich obaw. Przed startem krótka odprawa, odnośnie zachowywania się na szlakach, co się dzieje na trasie i w drogę. Spod kina Sokół pierwsze 2 km okropne asfaltem przez Krupówki  i potem już wdrapywanie się na Nosal.

Dla tych co nie biegają po górach trasa Marduły należy do Mistrzostw Polski w biegach wysokogórskich skyrunningu. Na trasie występują długie podbiegi oraz strome i bardzo niebezpieczne zbiegi. To już nie są żarty, to są prawdziwe góry.

Mardułę biegłam w dużej mierze głową, prowadziłam ze sobą wewnętrzny monolog. Cały czas przekonywałam siebie, że:

  • Wcale nie dyszę, jak parowóz, czy aby  moje sapanie nie wywoła lawiny ?:)
  • Wcale nie brakuje mi tchu na podejściach
  • Wcale nie wyrywa mi mięśni ud
  • Nogi nie wchodzą mi …..
  • Wcale w żołądku nie mam klajstra, gluta żelowo-batonowego ( przed startem dobieram smaki, próbuje, testuję , a potem i tak wszystko smakuje albo już nie smakuje)
  • Nagrzana woda w softflashu smakuje obłędnie , a ciepła, rozgazowaną cola daje mi moc i z każdym łykiem moich trunków czuje się silna
  • Otaczają mnie piękne widoki, ale niestety nie za bardzo mogłę je podziwiać, żeby nie wywinąć orła, bo wszędzie skały, korzenie i tylko czyhały na moja chwilę nieuwagi
  • Inni zawodnicy też toczą walkę
  • Nie patrzeć na innych , cisnąć  swoje
  • Z każdym krokiem zbliżam się do mety

Jak mantrę powtarzałam ze sobą ten monolog. Nawet całkiem przyjemnie mi się samej ze sobą rozmawiało. Brzmi jak wariactwo, ale czy cały mój udział w tych zawodach nie był szalonym pomysłem 🙂

Wdrapałam się na Kasprowy Wierch na najwyższy szczyt trasy i wiedziałam, że z tego punktu już można powiedzieć, że jest  z górki, bo jeszcze pod koniec trasy jest małe podejście. Moja teoria , żeby nie cieszyć się dopóki nie przekroczy się linii mety sprawdziła się. Jak to mówi nasz polskie przysłowie ” Nie chwalmy dnie przed zachodem słońca”.  Na samej górze zaczynając zbieg z Kasprowego źle stanęłam na kamieniu , poślizgnęłam się i wypadłam ze szlaku. Czułam jak udem ocieram się o kamień, rękami chwytałam się czego mogłam. Uff…. Zatrzymałam się na kosodrzewinie. Mym oczom ukazał się nade mną mój kolega , który wyciągnął do mnie rękę i pomógł mi wykaraskać się z krzaka. Ciekawe zdarzenie, że kolega nie brał udziału w zawodach tylko sam dla siebie robił  trening po Tatrach. Na co dzień mieszka w Warszawie, więc jego obecność  w danej sytuacji była jakby pojawił się przy mnie Anioł Stróż. Przez chwile myślałam, że jednak upadłam na głowę i mam zwidy. Mój poziom adrenaliny był tak wysoki, że nawet przez głowę nie przeszła mi myśl co by było, gdyby nie było kosodrzewiny. Jak to się mówi poprawiłam koronę , obejrzałam swoje rany, otarcia i pobiegłam dalej. Mój „Anioł Stróż” kawałek zbiegł ze mną i cały czas zadawał pytanie czy na pewno chce dalej biec, że może to ze zmęczenia, że czasami może warto odpuścić. Pomyślałam dlaczego niby mam nie biec , przecież nogi niosą, nic się stało. Ręka otarta, trochę stłuczona, na udzie kątem oka widziałam spore zadrapanie i zbicie, ale głowa pchała do przodu. Piękna trasa, słońce nie ma takiej opcji, żebym odpuściła. Wiadomo nogi już zmęczone, więc  włączyłam w głowie większą uważność. Pamiętam, jak mój mąż zawsze powtarza,  jak zbiegasz wyprzedzaj głową krok, patrz do przodu , wyprzedzaj zdarzenia, bo jak źle postawisz stopę to będzie za późno. Kolejny raz okazało się, że trzeba trzeba biec głową i z głową 🙂

Pędziłam w dół , ostatnie kilka kilometrów pokrywało się z trasą Biegu Sokoła, więc czułam się pewniej. Ostatnie kilometry prowadzą zakopiańskimi ulicami. Słyszę już gwar kibiców i uczestników, którzy skończyli już bieg. Te ostatnie metry pokonuję z  radością w duchu, bo wiem, że dobiegnę. Upragniona meta  !!!! Nagle wszystkie moje lęki, obawy  pryskają jak bańka mydlana i stwierdzam, że biegło mi się super. Zapominam o całym bólu, wątpliwościach taki ten mój umysł przewrotny.

Cieszę się, raduję, uśmiecham od ucha do ucha. Widzę chłopaków jak moczą nogi w potoku, zajadają drożdżówki. Można by pomyśleć , że to przepiękna, relaksująca piknikowa sobota gdyby nie fakt, że każdy z nas przed chwila pocisną 32 km po górach pokonując 2218 m podbiegów.

Standardowo regeneracja, jedzenie i spanie.

Jeszcze nie czas na laury, bo przede mną został ostatni niedzielny bieg- Bieg Zamoyskiego 10 km. Cały czas podbieg do Morskiego Oka. Niby tylko 10 km, ale po dwóch dniach biegania po górach  ten ostatni dzień zawodów daje się we znaki. Nogi, ciało zmęczone.

 

Bieg Zamoyskiego

10 km, + 430 m

Bieg, który jest ostatnim elementem układanki. Dwa medale z poprzednich biegów tworzą pewna formę i brakuje już tylko jednego elementu do całości. Śmieje się, że ukończę go choćby na kolanach, doczłapie się. Startuję ze spokojem w duszy, bo droga prosta i nie mam się gdzie zgubić 🙂  Cały czas pod górę asfaltem 10 km.

Ten bieg ma zupełnie inny wymiar niż te dwa wcześniejsze. Możnaby pomyśleć po , co te ostatnie kilometry i to po asfalcie, co w tym fajnego? Finisz Biegu Zamoyskiego jest niebywałym doznaniem, bo nigdzie na świecie nie ma tak spektakularnej mety, gdzie mym oczom ukazuje się skąpane w słońcu Morskie Oko. Największe w Tatrach jezioro, które za każdym razem robi na mnie wrażenie. To jest kwintesencja tego ostatniego biegu. Ten widok zapierający dech w piersiach.

 

 

Trzymając w ręku ostatni element pasujący do pozostałych medali, patrzę na góry i myślę sobie, że dla takich chwil warto żyć. Chwilo trwaj.

 

Zmęczona, lekko obolała, z ogromnym siniorem na udzie i na kolanie mam ochotę wykrzyczeć światu swoje szczęście, moją radość.

Góry uczą mnie pokory i prawdy o samej sobie. Pokonałam swoje słabości, wykazałam się siłą, wytrzymałością i determinacją. Po takich zawodach czuję się oczyszczona. Po prostu psychicznie jest mi lepiej. Przestaje przejmować się głupotami, rzeczami , na które nie mam wpływu. Czuje się silna, odważna. Jestem ponad wieloma sprawami . Te 3 dni biegania po górach zmusiły  mnie do przyznania się do własnych braków, do wyciągnięcia lekcji, a także do odnalezienia  w sobie mocnych stron.

Ludzie, których spotykam na zakopiański weekendzie biegowym są wyjątkowi. Nawet ciężko mi słowami opisać ten typ człowieka. Oni wiedzą po co są w danym miejscu. Czuję od nich pozytywną energię, uśmiechają się, cieszą. Na trasie zawodów zawsze pomagamy sobie wzajemnie. Po ostatnim biegu podchodzą do mnie różne osoby i pytają się jak się czuje po upadku , jak mój siniak.  Śmiejemy się, że to siniak z charakterem, moja siła walki.

Takie chwile spędzone w górskim klimacie pozwalają mi uciec od monotonnych mechanizmów, które zabijają we mnie radość życia. Wyswabadzam się z kołowrotka, i w końcu dostrzegam błękit nieba. Otwieram oczy, umysł, uruchamiają się we mnie niebywałe pokłady wrażliwości.  Upajam się tą dobrą energią. Sami widzicie, że góry maja niebywałą moc.

 

Wracam do domu odmieniona, z charakternym siniakiem i opalenizną od kompresyjnych skarpet. W poniedziałek miałam służbową galę, gdzie musiałam się ubrać w sukienkę i wiecie co wcale mi nie przeszkadzała moja górska opalenizna, z Garminem na dłoni dumnie kroczyłam po czerwonym dywanie.