close
GROSSGLOCKNER ULTRA TRAIL

GROSSGLOCKNER ULTRA TRAIL

30 lipca 2016313Views

 

Glossglockner Ultra-Trail

22-24 Lipca 2016

Na ten bieg zapisałam się pod wpływem impulsu. Jak chłopaki, z którymi biegam zapisywali się to i ja też 🙂 Na początku myślałam o trasie 30 km, ale pod namową padło na  50 km, a co trzeba sobie stawiać cele.

Glossglockner najwyższy szczyt Austrii.Znajduje się w Glocknergruppe, podgrupie górskiej Wysokich Taurów, części Alp Centralnych. Drugi co do wybitności szczyt Alp. Glossglockner należy do Korony Europy.

Zapisy są dużo wcześniej, ale im bliżej startu, tym bardziej narastał strach. Trasa 50 km , 2000 przewyższenia. Zaczęłam analizować  profil trasy,zbierać niezbędny sprzęt bez , którego nie można pobiec, gdyż przy odbiorze pakietu jest odprawa i trzeba pokazać dokładnie co ma się w plecaku i punkt po punkcie wszystko jest sprawdzane. Sprzęt  delikatnie różnił się w zależności od trasy 110 km czy 50 km. Na koniec obejrzałam sobie filmik z poprzedniego roku i czułam dreszcze, bo to już nie są żarty, to są prawdziwe góry. Tu na starcie nie znajdziesz przypadkowych ludzi tu są sami „wyjadacze”.

To, co muszę obowiązkowo mieć przy sobie na starcie i do końca zawodów ( organizatorzy maja prawo na trasie sprawdzić czy mam przy sobie cały ekwipunek):

 

  • plecak ( biegłam w Dynafit Enduro 12 i idealnie cały ekwipunek mi się zmieścił)
  • pojemnik na picie conajmniej 1,5 l ( miałam 4 bidony , jeszcze nie zaopatrzyłam się w softflashy)
  • kubek do picia ( na bufetach nie ma kubków) stały takie duże baniaki z kranikiem                          kubki kupiłam przez internet za niecałe 20 pln każdy
  • koc ratunkowy, NRC
  • gwizdek
  • kurtka z kapturem wytrzymała na złe warunki pogodowe w górach, membrana conajmniej 10 000
  • czapka
  • rękawiczki
  • profil trasy ( zalakowałam sobie i przyczepiłam do plecaka)
  • telefon komórkowy z zapisanym telefonem alarmowym
  • zestaw pierwszej pomocy
  • wyżywienie to, co będzie się jadło na trasie
  • worek na śmieci
  • but trailowe ( biegłam w Hoka One One Spead Goat)

Do Zell am See jedziemy samochodem, grupą 4 osób. 3 chłopaków i ja jedna zatem uwierzcie mi na trasie humor nam dopisywał. Jeszcze na miejscu czekał na nas jeden z kolegów. Mieszkamy w bardzo fajnej agroturystce, typowy alpejski domek i każdy z nas ma swój apartament.Widok, który mieliśmy z okna cudowny, dodający energii.

 

Jedziemy do miasta po odbiór pakietów i tak, jak wspominałam ważne, aby zabrać ze sobą spakowany na bieg plecakiem, gdyż przy wydawaniu pakietów sprawdzana jest zawartość plecaka.  Byłam pod ogromnym wrażeniem profesjonalnego podejścia do zawodów, bo przecież góry to nie są żarty. Nigdy nie wiadomo co może się przydać ,a ten region, gdzie mamy biec słynie z kapryśnej pogody.

W pakiecie był profil trasy,

, dużo różnego rodzaju ulotek promujących okoliczne biegi i bardzo fajna dryfitowa opaska Dynafitu.

Na kolację przed biegiem zjadamy w lokalnej knajpce pizze i każdy idzie się szykować. Pierwsza tura chłopaków wyrusza o 24.00 i biegną w sztafecie łącznie 110 km. Punktem zmiany jest Kals, z którego ja jako jedyna wyruszam sama. Kolejni z Kals wyruszają wtedy, kiedy przybiegnie zawodnik, który wystartował o północy.

Na linię startu jedziemy wszyscy. Emocje udzielają się. Noc, ciemno i tylko grupa „wariatów”, którzy wybiegają w ciemnościach w góry. Tu właśnie startuje mój mąż – pierwszy ze sztafety, musi pobiec na tyle dobrze, aby drugi zawodnik zmieścił się w limicie czasowym  mógł ukończyć swój bieg na 50 km. Im szybciej przybiegnie, tym drugi zawodnik będzie miał większy komfort biegu, bo skraca mu się czas biegu po ciemku. Zatem z  jednej strony stoję na starcie pełna obaw,że mój mąż wyrusza w nieznane i jeszcze ta przerażająca ciemność, góry , wyobraźnia zaczyna robić swoje.  Z drugiej strony muszę być Jego wsparciem, musi czuć, że każda komórka mojego ciała dodaje Mu siły i że wierzę, że będzie to dla Niego niebywała przygoda.Tak bardzo chciałam, żeby było to ode mnie czuć choć w środku rozpadałam się na milion kawałków ze strachu  i już zaczynałam myśleć o swoim starcie i o fakcie, że jestem zdana na samą sobie, bo mąż, gdzieś po górach będzie w tym czasie hasał :)Niesamowity to jest widok jak grupa ludzi z czołówkami na głowach punktualnie w samą północ wyrusza w nieznane. Czekamy aż ostani przekroczą linie mety i jedziemy choć trochę zmróżyć oko, bo start mamy o 7.00 rano z Kals, do którego musimy dojechać. Umawiamy się  5.15, bo czeka nas około godzinna droga na linię mety. Jeszcze okazało się, że na trasie jest tunel, którym musimy się przedostać i istnieje ryzyko, że jest on zamknięty. Sama nie wiem czy zmróżyłam oko i pierwsze co to sprawdzam na telefonie pozycję męża i kolegi  na pierwszym punkcie pomiarowym i okazuje się, że mąż odchaczył się na punkcie i ma całkiem dobry czas. Kolegi jednak nie widzę, a jest to osoba, która dużo biegów górskich już przebiegła, więc coś mi nie pasowało. Nagle dostaje zdjęcie na telefon wielkiej spuchniętej nogi kolegi. Myślę sobie wtedy, gdzie ja w to wszystko się pcham, czy podołam , ale nie ma już odwrotu skoro powiedziało się A trzeba powiedzieć B.

W samochodzie strasznie mnie morzy sen, czuje, że organizm usypia zamiast szykować się do startu, ale jak już podjeżdżamy na miejsce i widzę rozgrzewających zawodników czuje przypływ adrenaliny.Na dworze jeszcze chłodno, ale później jak będę wspinała się to wiem, że będzie mi ciepło. Wolę , żeby było mi trochę zimno niż się przegrzać zatem biegnę „na krótko” . Przed startem jest krótka odprawa czyli organizatorzy opowiadają w jaki sposób jest oznakowana trasa, jakie są na trasie warunki , gdzie są punkty odżywcze. Mało rozumiem, bo o dziwo wszystko jest w języku niemieckim, a nie angielskim.

Starujemy punktualnie o 7.00, pierwsze kilometry zawsze są dla mnie ciężkie, musze złapać rytm. Cały czas w głowie analizuje profil trasy, jak rozłożyć siły, gdzie i co jeść, kiedy pić, bo przy takim wysiłku ma to ogromne znaczenia.Do tego jeszcze na tasie wyznaczone punkty, do których trzeba dotrzeć  w limicie czasowym – musze kontrolować czas. W mojej głowie uruchamia się niesamowita machina , która musi wszystko spiąć w całość. Niby wydaje sie, że nuda nic się nie dziaje, tylko człowiek biegnie i biegnie, a tu zachądzą niebywałe procesy myślowe. Na 22 km w Rudolfshutte jest punkt odżywczy.

W oddali mój punkt odżywczy – Rudolfshutte.

Zrobił na mnie ogromne wrażenie jeśli chodzi o potrawy. W bemarach pełno różnego rodzaju  potraw- makarony, zupa, wędliny jak na przyjęciu.  Nabieram tylko wodę do bidonów, zjadam żel i pędzę.Jak pamiętacie nie jem nic na trasie, czego mój żołądek nie zna. Na górze wieje, odczuwalny jest spory spadek temperatury, ale postanawiam , że biegnę na krótko. Warunki jakie zastałam na trasie przerosły moje najśmielsze oczekiwania: wąskie ścieżki prowadzące na szczyt, dróżki porośnięte specyficzna roślinnością okalająca całą dróżkę tak, że nie było widać gdzie stawia się stopę . Na szczycie okazało się, że jest pełno śniegu, trasa prowadziła w taki sposób, że musiałam przedostać się  z jednej strony góry w poprzek co nie było łatwe- ślisko i jak tylko straciłabym równowagę to staczam się na sam dół. Strach mobilizuje mnie, nie pozostaje mi nic innego,- jak poruszać się do przodu. Tu żałuje, że nie mam kijków. Jedynym wyjściem, które przychodzi mi do głowy to kucam i posuwistym krokiem, noga za noga przemieszczam się. Z boku musiało to wyglądać przezabawnie.Uff dałam radę i potem już tylko w dół i to „tylko” dało mi nieźle popalić.  Pierwsza myśl to, że przydały by mi się narty. Zsuwam się powoli jedna nogę wysuwając do przodu. Po bokach tasy widzę szczeliny co wcale mi nie pomaga.Lepiej mi idzie zsuwanie się na prawej nodze wysuniętej do przodu, ale ten zjazd bardzo zmęczył moje nogi.Kolejnym zaskakującym elementem trasy był łańcuch prowadzący do wodospadu , po którym trzeba się było wspiąć. Tu już emocje sięgnęły zenitu, pchana strachem, endorfinami wspięłam się wodospadem do góry. To z czego byłam zadowolona to, że biegłam za dnia, oznakowaniem trasy były małe, białe fagi, które udawało mi się na trasie znajdować. Jak już byłam bliżej końca moim punktem, którego wypatrywałam był wielki , dmuchany mamut, który starł rozpostarty na mecie w Zell am See. Jak dobiegłam to rozpłakałam się. Mój mąż czekający na mnie pyta się co się stało? myślał, że może mam jakąś kontuzje, coś się stało, a ja przez łzy zdołałam wydusić z siebie tylko jedno, że płaczę ze szczęścia. Niesamowity bieg, pełen wyzwań , emocji, cudnych widoków, ale z drugiej strony wymagający i pamiętajcie to już są prawdziwe góry. Warto sobie stawiać cele i powiem Wam szczerze, że sama jestem z siebie dumna, że po pierwsze zapisałam się na ten bieg, wystartowałam i godnie go ukończyłam.