close
MÓWCIE DO MNIE „ŻABCIU”

MÓWCIE DO MNIE „ŻABCIU”

27 czerwca 2017188Views

 

Czego ja właściwie szukam? Czy naprawdę kreci mnie tri? Co ja robię? Ostatnio takie zadawałam sobie pytania. Mój debiut w triathlonie  kosztował mnie wiele emocji. Przeczytajcie co mną targało oprócz fal na wodzie .

Na początku po urodzeniu drugiego dziecka po prostu myślałam jak szybko, skutecznie powrócić do formy, żeby jakoś trzymać się, wyglądać. Zaczynałam od nieśmiałych okrążeń wokół wilanowskiej plaży, gdzie ledwo zipałam. Byle zatoczyć kółko i wrócić do domu. Później w miarę treningów kilometry wzrastały, widziałam progres i dawało mi to niebywałą radość. Zapisywałam się na różnego rodzaju zawody poczynając od takich na 5 km, a w kończąc na maratonach. Później dołożyłam biegi górskie co w tamtych czasach wydawało mi się szaleństwem. Jednak ciągle było mi mało. Tak cichutko z boku obserwowałam sobie poczynania triathlonowców. Imponowali mi. Co prawda pływanie przerażało mnie, ten młyn rąk, fale. Patrząc na to, co działo się  na zawodach w wodzie już nie mogłam złapać oddech. Wiecie jak to jest, im coś bardziej niedostępne, tym bardziej pociągające. Przynajmniej dla mnie. Rower mnie fascynował. Ta pozycja aerodynamiczna, prędkość. Dodatkowo zawodnicy wyglądają na tych rowerach tak seksowanie 🙂 Bieg najbliższy mi sercu, jakoś do ogarnięcia. 

Teraz ja mam stanąć po tej drugiej stronie, jako zawodniczka. Coś mi chyba na głowę upadło? Gdzie ja się pcham?

Piątek

 Byłam osobą sparaliżowana strachem. Zupełnie nieobecna, wpadłam w jakąś dziurę czarnych myśli. Nie mogłam się na niczym skupić. Nie potrafiłam sobie poradzić z emocjami. Żołądek , głowę miałam ściśnięte, mało powiedziane zmiażdżone. Miałam wrażenie, że słoń usiadł mi na klatce piersiowej. Czułam się jakbym przedawkowała stres. Moje myśli krążyły tylko wokół 5150 Warsaw Triathlon. Sama nie wierzyłam , że za dwa dni stanę na linii startu i będę walczyła w trzech dyscyplinach. Jak ja tego dokonam skoro czułam się tak, jakby ktoś mnie zabetonował. Czas pokaże. 

Sobota

Jeśli myślicie  zresztą tak, jak i ja na początku, że ten dzień będzie dla mnie dniem regeneracji to nic bardziej mylnego. Przed zawodami biegowymi po prostu odbierałam pakiet, przyczepiałam numer startowy i byłam gotowa. W przypadku tri przygotowania do startu wyglądają zupełnie inaczej. Dlatego też trochę o tym napiszę, bo była to dla mnie zupełna  nowość. Zaprzyjaźniam się z tak zwanym race bookiem czyli wytycznymi odnośnie zawodów. Śledzę regulamin, program imprezy. Przechodzę do części organizacyjnej i nie wierzę temu , co moje oczy czytają. 

Trzeba ogarnąć dużo elementów.  Przed wyjściem z domu szykuję sobie 4 zestawy: 1). w czym pojadę na zawody 2). rzeczy na pływanie 3). rzeczy na rower + rower  4). rzeczy na bieg

Odbieram pakiet na Placu Teatralnym , gdzie  znajduje się expo., strefa zmiany T2 ( z roweru na bieganie) i w niedziele będzie tu meta zawodów. Dostaje opaskę na rękę ( taka typu all inclusive w hotelach), na której widnieje mój numer startowy. Jak się później okaże numer na opasce będzie mi pomocny. 

Po kolei jak bombę rozbrajam worek z pakietem, a w nim numer startowy, czepek do pływania. Startując w zawodach można płynąć tylko w czepku dostarczonym przez organizatora. Następnie wyciągam arkusz z naklejkami , na których widnie mój numer startowy. Naklejki trzeba przykleić na kasku, rowerze i na workach. Na szczęście wszystko dokładnie jest opisane, pokazane. Oklejam trzy worki, każdy ma innego koloru troczki: jeden worek na zmianę T1 z pływania na rower, drugi worek na strefę T2 zmiana z roweru na bieg i trzeci worek na depozyt.

Do tego jeszcze mam duży worek na rower, wodę, baton, kilka ulotek i fajny pamiątkowy plecak. Zatem sobota mija mi na rozwożeniu  odpowiednich worków, w odpowiednie miejsca na trasie zawodów. Robię to po raz pierwszy w życiu, więc dokładnie wszystko sprawdzam punkt po punkcie. Mam w telefonie swoja listę rzeczy i dodatkowo jeszcze czytam czy o niczym nie zapomniałam, bo już w dniu zawodów nie ma dostępu do worków, nic nie można dorzucić. To daje mi obraz, że triathlon wymaga od zawodnika niezłej logistyki. 

Pierwszy punkt na mojej liście to strefa T1( worek na przebranie z pływania na rower + rower), która mieści się nad Zegrzem).Znajduje na długim wieszaku miejsce na swój rower, nakrywam rower folią ( na wszelki wypadek jakby w nocy miało padać ) i staram się z całych sił zapamiętać, gdzie wisi moja bestia spośród 1100 innych rowerów. Wynajduję charakterystyczny punkt-  drzewo,  za którym powinnam skręcić w lewo i znaleźć swoją maszynę. 

 

Jeszcze do niedawna stałam przyklejona jak glon do siatki, płotu i obserwowałam jak zawodnicy szykują się, a teraz sama tu jestem. Chyba to do mnie nie dociera. Zanoszę worek do strefy T1. Też staram się zapamiętać, gdzie wisi. Następnie mam kolejną zagwozdkę czy worek zawiązywać, czy też nie? Postanawiam zawiązać w taki sposób, żeby szybko i gładko móc go odwiązać. Przyglądam się dokładnie całej strefie i staram się zapamiętać,  gdzie przebieralnia, gdzie „strefa zrzutu”. Tu mam kolejny nowy element , o którym musze pamiętać. Jak już wyjdę z wody szybkie przebranie z pianki  na rower i wszystkie rzeczy trzeba włożyć do worka , zawiązać i wrzucić do specjalnego kontenera i to właśnie jest strefa zrzutu. Następnie organizator wszystkie worki transportuje na linie mety. Wbijam sobie do głowy, że jak tylko się przebiorę to kask rowerowy na głowę. Tylko nowych rzeczy, żebym tylko o niczym nie zapomniała.

Stoję i patrzę niewidzącymi oczyma, krew w żyłach mi pulsuje ze strachu, stresu i niedowierzania. Myślę sobie, że jak jutro wytrwam w pływaniu , zmieszczę się w limicie czasowym ( 1500 m w 50 minut) i dobiegnę do tej strefy T1 to będzie cud. Z tyłu głowy kołatały mi się  również pytania co ja zrobię ze sobą, jak nie zmieszczę się w limicie czasowym? jak dostane się do Warszawy skoro wszystko będzie pozamykane? Oczywiście zakładanie takiego negatywnego scenariusza jest wbrew logice i mało motywujące, ale to cała ja. Kieruję się w stronę zalewu i moje emocje szaleją niczym faje na wodzie. Jakaś masakra wieje wiatr, a chłopaki pełni zachwytu żartują, że widać „bałwany”. Mnie do śmiechu nie było. Przyglądam się jak organizatorzy ustawiają boje na wodzie, które wytyczają jutrzejszą trasę pływania. Mój umysł nie godzi się na te odległości, to nie możliwe. Tę ostatnią boje ledwo widzę. Jedne co mnie pociesza, że są duże i żółte i nawet w tych falach je dostrzegam. Przerasta mnie to-myślę co tu zrobić, żeby nagle się rozpłynąć, zapaść po ziemię. Najchętniej rozsypałabym się na milion kawałków i rzuciła jako plankton dla rybek w Zegrzu 🙂. Milczę, zamykam się w sobie. 

Kolejna strefa do ogarnięcia przede mną T2- przejście  z roweru w bieg. Tu czuję się już lepiej, bo wiem o co chodzi, wiem co mi na biegu potrzebne. Przypatruję się tylko , gdzie jest miejsce na rower, gdzie worek z przebraniem na bieganie i gdzie strefa zrzutu. 

Niedziela – dzień zawodów

O świcie zjadam ciasto jogurtowe z dżemem truskawkowym popijam wodą – nic nie jestem w stanie więcej przełknąć. Działam jak bym była w jakiejś bańce mydlanej. Mam wrażenie, że to, co robię nie dzieje się naprawdę. Sama nie wierze w to, co robię. Wyjazd z domu dość wcześnie, bo trzeba dojechać nad Zegrze. Wraz  z mężem, który też debiutuje w tri  postanawiamy skorzystać z opcji, którą proponuje organizator. Z Placu Teatralnego mają być podstawione specjalne autobusy zawożące zawodników na miejsce startu.  Okazuje się, że autobusów jest znacznie mniej niż zawodników i  robi się już krucho z czasem. Podjeżdża autobus, do którego najlepiej byłby się wcisnąć , żeby zdążyć na spokojnie na start. Walka już zaczyna się na tym etapie. Udaje się nam dostać do tego autobusu i nawet mamy miejsca siedzące. Dojeżdżamy na miejsce i pierwsze co to kierujemy się w stronę rowerów – sprawdzamy czy wszystko jest ok, zdejmujemy  folie ochraniającą, wkładam w uchwyty bidony, sprawdzam czy jest powietrze w oponach i już nic więcej nie sprawdzam , bo się na tym po prostu nie znam 🙂 Przebieram się w piankę, oddaję wszystko do depozytu i kieruje się na start.

Pływanie ( 1500 m)

Czasu na tyle mało, że już nie zdążam na jakieś próbne zanurzenia. Idę na żywioł. Ładna pogoda, słońce –  zalew zegrzyński prezentuje się przyjemnie. Nie oszukujmy się romantyzm chowam w kieszeń (w piance przecież nie ma kieszeni :)) Jestem przerażona. Dobrze, że moje neoprenowe wdzianko mocno ściska me ciało, bo by mi chyba serce wyleciało. Krew w żyłach gotuje się, buzuje. Trzymam na wodzy mój lęk, ale czuję, że uaktywnia się we mnie syndrom walki. Musze przetrwać, nie poddam się, jestem silna. Te wszystkie ludki stojące koło mnie wciśnięte w pianki i czepki też się boją. Mąż cały czas powtarza mi ” zaprzyjaźnij się z wodą, nie walcz z nią, polub ją”. Obserwuję jak ruszają pierwsi zawodnicy.  Start ma charakter rolling start czyli co 10 sekund puszczanych jest 8 zawodników. Patrzę co inni robą jak wbiegają do wody, jedni idą, inni wykonują jakieś skoki a’ la delfin :)Okazuje się, że pierwszej boi jest płytko i większość ludzi idzie. Zanim następuje moja kolej widzę już jak czołówka jest po nawrotce. Gwizdek i wbiegam do wody, już nie ma odwrotu. To, co mnie najbardziej przeraża w pływaniu na otwartym akwenie to fale. Takie piękne, dostojne, nadające wodzie charakter. Jak wchodząc do wody i próbując się jakoś na niej utrzymać jedynie co czułam to to, że fale mnie zalewały. Absolutnie nie potrafiłam sobie z tym faktem poradzić. W głowie cały czas powtarzałam sobie ” nie panikuj, masz piankę ,nie utoniesz, kontroluj oddech”. Na około widzę jak ludzie szarpią wodę. Ci co dobrze pływają i czują wodę już dawno przede mną. To co widziałam u innych nie miało wspólnego z kraulem. Wtedy podjęłam decyzję , że popłynę cały dystans krytą żabką. Tak otwarcie się Wam do tego przyznaję. Machnęłam 1500 m żabą i dlatego śmiało możecie do mnie mówić „żabciu” 🙂 

Były momenty, że nie mogłam chwycić oddechu, opiłam się wody, ale powoli zmniejszałam dystans. Udało mi się po pewnym czasie złapać rytm fali i nawet wyprzedziłam kilku zawodników co dodało mi siły i odwagi. Zdaję sobie sprawę, że w triathlonie powinno się przepłynąć kraulem, ale w danej chwili miałam tylko jeden cel dopłynąć, przeżyć. Moja żaba pozwalała mi wyciągać głowę i dobrze widziałam, gdzie płynę, gdzie są boje i łapałam dobry kurs nie nadrabiając. Starałam się kontrolować sytuacje i nie podpływać za blisko osób , które tej kontroli nie miały. Jak już wydawało mi się, że „jestem na fali”, widziałam ostatnią boje, już bliżej niż dalej poczułam, że coś ciągnie mnie w dół. Jak by to była kreskówka to oczy by mi wyszły na wierzch z przerażenia. Okazało się, że jakaś „przesympatyczna” osoba chwyciła mnie za tył pianki i albo próbowała odepchnąć się ode mnie, albo przepłynąć po mnie.  Zadziałał we mnie instynkt samozachowawczy i podtapiająca mnie postać dostała z „żabkowego” kopa. Płynęłam dalej niesiona radością, że już widzę bramkę do wyjścia z wody. Byłam tak skupiona, że ani razu nie zerknęłam na zegarek i nie sprawdziłam czasu czy mieszczę się w limicie. Jak już poczułam ląd patrzę 40 minut uff ,zmieściłam się w limicie. Przypominam sobie rady męża, że po zdjęciu okularków do pływania może oślepić mnie słońce, że błędnik może być rozchwiany i może mi się kręcić w głowie, mam zdjąć najpierw zegarek, a potem ściągnąć rękaw pianki. Zatem z Garminem w zębach wyswabadzam się z pianki i kieruję się do oddalonej 250 m strefy T2. Szybka zmiana, tak mi się co najmniej wydawało, a finalnie czas pokazał, że spędziłam w niej dużo czasu. Musze poćwiczyć szybkie zdejmowanie pianki – kolejny element treningowy.

Rower ( 40 km)

Wsiadam na rower i otwieram kolejny worek obaw: czy dobrze się wepnę w pedały? czy dobrze przerzucę przerzutki? Ostatnio tak coś pokiełbasiłam na treningu, że finalnie spadł mi łańcuch. Nie pytajcie jak i dlaczego? No cóż człowiek uczy się całe życie. Wyostrzam  uważność. Koncentracja na zakrętach, dziurach i nierównościach. Staram się przełączyć Garmina z na kolejny etap rower, ale coś nie tak powciskałam i jadę na czuja. Zastanawiam się jak to jest, że jak na sucho zmieniałam sobie na zegarku poszczególne etapy to wszystko działało, a na zawodach ustawienia żyją swoim życiem niekoniecznie zgodnym z moimi potrzebami. Z duszą na ramieniu zwiększam obciążenie, kładę się na lemondce i dzida. Czuję moc, noga podaje, omijam nawet sporo zawodników. Przede mną zawodnik nie trafia bidonem w uchwyt i butelka wypada na trasę. W tym momencie już odechciewa mi się pić, nie ryzykuję, nie mam odwagi. Tu kolejny element do nauki, który odhaczam na liście w głowie. Mimo wiatru uważam, że trasa bardzo fajna, niezbyt wymagająca. Jednak pokonałam ją z dozą ostrożności, gdyż nie byłam w stanie ocenić jak po 40 km na rowerze będą funkcjonowały moje nogi, a przecież do pokonania było jeszcze przede mną 10 km biegu.

Bieg ( 10 km)

Na Placu Teatralnym strefa zmian T2. Nie odważyłam się rozpiąć butów podczas jazdy i fachowo zeskoczyć. Ten start absolutnie traktowałam jako zbieranie doświadczenia. Biegnę w rowerem, aby odwiesić go na miejsce i wiecie co chyba z tej euforii, że zaszłam tak daleko nie mogłam sobie przypomnieć mojego numeru startowego. Wiedziałam w jakiej alejce powinnam „zaparkować” rower, ale gdzie dokładnie? Na szczęście opaska na ręku była moim zbawieniem. W tej strefie szybka zmiana i przede mną dwie pętle po 5 km, w tym dwa razy podbieg pod Karową. Na razie nogi niosą. Niby te podbiegi to żadne przewyższenia, ale ciało już trochę zmęczone, z nieba leje się żar. Na punkcie nawadniania łapię butelki z wodą- jedną polewam się co niebywale studzi me rozgrzane ciało, a druga butelką nawadniam się od środka. Tak obawiałam się czy ta Karowa na koniec mnie nie dobije, ale poszło gładko. Jak widać bieganie po górach procentuje 🙂

Ostatnia prosta widzę barierki, dywan, kibice , a ja w geście triumfu, radości, euforii wbiegam na metę z rękami do góry przepełniona, wypełniona po brzegi szczęściem. Coś co jeszcze 3 godziny temu wydawało mi się niemożliwe, nierealne, jakąś abstrakcją, moim wymysłem, fanaberią przeszło do historii. Dokonałam tego. Wyobrażałam sobie, że podczas zawodów będę przechodziła męczarnie, katusze, walczyła z   przeciwnościami. Okazało się, że tak szybko mi minęły, że na mecie byłam zdziwiona, że  to już po wszystkim? już po strachu? Doszłam do wniosku, że 3 dyscypliny , tempo, akcja, strefy zmian, efekt nowości spowodowały, że wpadłam w zachwyt nad triathlonem !!!

PS. Duży buziak dla mojego męża, bo dzięki Niemu wystartowałam w tych zawodach. Jesteś moją motywacją, wsparciem. Podczas pływania jak boja trzymasz mnie w pionie, na rowerze jak wiatr pchasz mnie do przodu, a na biegu po prostu próbuję Cię dogonić 🙂 Dziękuję, że jesteś.

ANYTHING IS POSSIBLE.