close
NA CHWILĘ ZJECHAŁAM NA INNY TOR.

NA CHWILĘ ZJECHAŁAM NA INNY TOR.

22 września 20171711Views

Ten wpis nie powstał z litości nad sobą,nie z potrzeby użalania się tylko, tak prosto z serducha, żebyście wiedzieli jak ja się strachu najadłam ( jaki on niesmaczny, gorzki, cierpki, ledwo do przełknięcia), gdzie zniknęłam, gdzie mnie licho zawiało.

Zaszwankowałam , przestałam działać, popsułam się. Coś nieokreślonego zmiotło mnie z ziemi, zmiażdżyło, wymełło, przygniotło i nie pozwalało podnieść się. Gorączka odcięła mnie od rzeczywistości. Kaszel wyrywał płuca. Od kilku dobrych dni leżałam plackiem, nie mogłam siedzieć, nic nie mogłam. Wizyty domowe, jedna, druga. Diagnoza grypa, więc leżę otulona niby tą grypą już prawie tydzień i nic, żadnych zmian. Boli mnie wszystko. Wyłaniam się z pokoju jak zombi. Wiecie jak się wtedy wygląda- jedna nogawka podciągnięta, wszystko poprzekręcane, wymięte. Na głowie niezła awangarda, włosy jakby 3 dni z rzędu imprezowały. Wory pod oczami jak przeciwpowodziowe. Wyglądam źle, fatalnie, dramatycznie. Czuję się chyba jeszcze gorzej niż wyglądam.Ciężko nawet określić jaki mam kolor skóry – brunatno-szaro-nijaki. Na poliku odciśnięta walka z chorobą. Noga, za nogą sunę wychłeptać miseczkę bulionu. Tak bardzo wierzyłam, że mi pomoże. Siadam na przeciwko syna, patrzy na mnie i ze spokojem w głosie mówi „mamo masz lekko czerwone oko”. Jak nie kochać. Czy rozczochrana, czy nie umalowana, ledwo patrząca na oczy –  mama to mama. Rozczuliło mnie to niezmiernie.Wracam po ścianach do pokoju. Bulion dodał mi na tyle siły, że doczołgałam się do łóżka. Zapadam się w nim , odpływam, nie wiem co się dzieje. Jakiś koszmar, majaczę, błądzę po innych przestworzach. Nie dobrze.

Miarka się przebrała i wylądowałam w szpitalu.

Miejsce, które napawa mnie strachem. Już jak tylko przekraczam próg od razu nogi mi miękną nawet jak jestem zdrowa. Miałam tylko dwie wizyty w tego typu placówce medycznej jak rodziłam dzieci. W szpitalu nadal gorączka mną szarpała, ostatnie siły mi już odebrała. Badania, badania i badania. Pobieraniu płynu mózgowo – rdzeniowego, tomografia, usg, rentgen. Jeszcze tak to ja w życiu chyba nie byłam przebadana. Do tego hektolitry krwi mi utoczyli. Wszystko robiłam tylko, żeby ktoś mi pomógł.

Zapalenie płuc, płyn w opłucnej, zapalenie zatok i uszu. Antybiotyki we mnie kroplówkami wlewali. Czułam się jakby mnie Domestosem zalewali. Moje żyły już nie wytrzymywały i wenflon co rusz nowe miejsce na mojej mapie żył znajdował. Byłam pokuta  jak sitko. Ręce posiniaczone jak bym się z Krav Magi urwała, a nie w szpitalnych ścianach leżała.

Jak już wróciła świadomość jakoś odnalazłam się w bycie. Nie to chyba złe określenie w szpitalu nie można się odnaleźć. W każdym razie jak zaczęłam osadzać się w rzeczywistości okazało się, że triathlon w Malborku już zdobyty, Krynica wzdłuż i wszerz zadeptana, a ja nadal w białych ścianach uwiązana.

Ciężko mi chyba najbardziej psychicznie, bo do tej pory zdarzały się nawet dni z dwoma treningami dziennie, a teraz leżę i nic.Pokręcę trochę nóżką, wkręcę żarówkę, przejdę się kawałek i tyle mojego „treningu”. Psychika cały czas walczy, nie poddaje się. Na szpitalnym łóżku zamykam oczy i moja głowa planuje jak wrócić do sił. Wyobrażam sobie jak wchodzę do wody, o rany jak tu się nie przeziębić. Patrzę przez okno i widzę, że pogoda nie rozpieszcza.  Pewnie przy pierwszym bieganiu będę musiała się ciepło opatulić , lekko potruchtać , żeby mi tylko płuc nie wyrwało. Rower pierwsza myśl – trenażer. W domowym zaciszu będę sobie kręciła. Nie będę na początku jakiś mega watów generowała, na góry nie będę się wspinała, ale niech moc poczuję pod nogą. Takie snuję plany, marzenia. Muszę sobie to poukładać w głowie, ale sam fakt takich wizualizacji pomaga mi. Śmieszny ten mój umysł, bo chciałabym już wrócić do codzienności, do rutyny. Ona mnie czasami do szału doprowadzała, a teraz z przyjemnością bym wpadła w taki kołowrotek monotonnych zadań. Jak to wszystko zależy od tego. gdzie się człowiek znajduje. To też pokazuje jak często nie doceniam tego co mam, bo teraz taka szara rzeczywistość wydaje mi się El Dorado.

Zwolniłam tempo, spokojnie rozglądam się, obserwuje, dostrzegam to, co do tej pory mi umykało. Dużo czytam, trochę uciekam w ten sposób myślami w inny świat. Tak mi lepiej. Uwierzcie, że nic człowieka nie cieszy, jak mu sił odejmuje.

Nieźle mną pozamiatało, z butów wyrwało, na inny tor mnie skierowało. Z pędzącego pociągu jeden wagonik oderwało, a ja w nim na bocznej przecznicy siedzę i czekam, aż wydobrzeje.

Po prawie 2 tygodniach wracam do domu.

Cieszę się jak dziecko. Otumaniona świeżym powietrzem, słaba, jak w zwolnionym tempie zmierzam ku wolności. Tak, takie to uczucie jak wychodzi się ze szpitala. Z za okna samochodu przyglądam się światu. Ludzie na przystanku, ktoś kupuje gazetę w kiosku, ktoś przebiega przez pasy. Nic nadzwyczajnego, a jednak cieszy mnie ten widok.Z przyjemnością patrzę na prozę życia codziennego. Pewne rzeczy doceniam dopiero, jak mi ich zabraknie. Taka oczywista oczywistość, ale zupełnie o tym zapominam.

Po powrocie do domu zastałam cudowne kwiaty od męża, od dzieci, od kolegów i koleżanek z pracy. Wzruszyłam się, serce mi szybciej biło niewiem czy to z emocji, czy z faktu przejścia kilku kroków 🙂 🙂

 

Prawda jest oczywista zdrowie jest najważniejsze.

Dbajcie o siebie i o swoich bliskich.

Pozdrawiam Was z domowych pieleszy, gdzie nabieram sił. Mój świat zatrzymał się na miesiąc, a teraz powoli, rozsądnie, spokojnie wracał do zdrowia, nabieram energii,  krzepy 🙂 Jeszcze za słaba jestem , żeby mój wagonik przyłączył się do reszty pociągu, ale dajcie mi chwilę.

Mpassions