close
NIEOGRANICZONE ŹRÓDŁO ENERGII

NIEOGRANICZONE ŹRÓDŁO ENERGII

1 sierpnia 2017334Views

Dzieci na wakacjach, więc zaszalejmy 🙂 Mamy weekend dla siebie. Pomysłów pełno. Na jaki wybór pada? Spontaniczny start w imprezie Triathlon Energy w Bełchatowie. Jedyne wolne dni szybciutko zapełniły się po brzegi. 

 

W tym starcie nie chodziło zupełnie o kręcenie czasów, ale o zdobywanie doświadczenia. Wyjazd do Bełchatowa traktowałam  jak wyjście na grzyby, żeby zebrać cały kosz doświadczenia niczym grzyby po deszczu. Te zawody były niezłym urodzajem 🙂 Nie ma u mnie takiej opcji, żebym na treningu tak się zmobilizowała, spięła, wytworzyła taką adrenalinę. Nie da się ukryć, że zawody są zawodami.

Logistycznie wyjazd całkiem dobrze nam się zgrał, gdyż z działki do Bełchatowa mamy raptem 70 km. Ruszamy w piątek po pracy , żeby na spokojnie mieć od rana  sobotę na poranny trening,  odbiór pakietów i rozłożenie się w strefach. Wyjazd bez dzieci , a bambetli mamy po sufit. Dobrze, że mam w telefonie stworzoną listę rzeczy na trizawody. Po kolei odhaczam co potrzeba i w drogę. Zawsze mam pietra, że czegoś zapomnę. W zawodach biegowych  mniej strachu, bo zawsze w czymś się da pobiec, a tu już tak łatwo by nie było. Zatem dobra organizacja to podstawa. Sprawdza mi się system żółtych karteczek przylepianych na drzwiach na wysokości oczu.

 W sobotę jeszcze w planie pływanie w pobliskim zbiorniku wodnym. W ciągu tygodnia jakoś się nie składało, albo padało. Jak nie padało to była piękna pogoda i od razu nogi rwały na rower. Rachu ciachu zbieramy się. Weekend, więc można pospać do woli, a jednak coś mnie pcha do przodu i wstaję wcześnie. Mam nowy strój startowy, więc myślę, że to pływanie będzie dobrym testem jak wdzianko sprawuje się pod pianką. Zwarta i gotowa maszeruję dziarsko do wody. Na brzegu wędkarz, ktoś rozkłada mini grill i przygotowuje sobie brykiet pod kiełbaskę. W sumie wakacje. Miny tych ludzi bezcenne. Moja mina też rzędnie, kiedy spoglądam co dzieje się na brzegu. Ok ostatnim razem jak tu pływałam lazuru nie było, ale teraz to, co ukazuje się moim oczom to niezła no właśnie co …. nawet ciężko opisać. Sami rzućcie okiem.

Do tego sympatyczny wędkarz zagaduje , że tu nawet ryby nie biorą, że to ścieki itd. Mówię stop niech mi Pan więcej nic nie tłumaczy. Wmawiam sobie, że to algi, że niektórzy płaca majątek korzystając z kąpieli błotnych 🙂 Wszystko jest w głowie. Wiedziałam, że mam cel musze popływać w otwartej wodzie !!! Dopóki z wody nie wyskoczy mi potwór z Loch Ness, albo jakiś inny stwór to wejdę i tak też uczyniłam. To, że weszłam do tej zupy szczawiowej  to jedna sprawa. To, że zaczęłam w niej płynąc to  druga sprawa, a że zanurzyłam w tej zielonej mazi twarz to już było apogeum mojej determinacji.Nawet mój mąż stwierdził, że przeszłam samą siebie. Na szczęście im dalej płynęłam, tym woda była bardziej przejrzysta. Pływało mi się dobrze. Spokojnie ręka za ręką. Głównym celem było popracowanie nad nawigacją. Co ile dla mnie najlepiej wyciągać głowę, łapać jakiś punkt, żeby nie płynąć zygzakiem. Wyszłam z wody „zielona” :), ale szczęśliwa.

” Było sobie kupić tańszy rower”

Zanim wyruszyłam z działki do Bełchatowa to była dla mnie chwila prawdy, czy wszystko mam, co mi potrzebne na zawody.

Decyduję, że na spokojnie co tylko mogę zostawiam w strefach , żeby w dniu startu  o niczym nie zapomnieć. Jedziemy odebrać pakiet. Sprawnie wszystko przebiega, bo jest to dość kameralna impreza, więc nie ma tłumów.Rozbraja mnie ochroniarz przed wejściem do biura zawodów, który zwraca uwagę zawodnikowi, że nie może odebrać pakietu wchodząc do biura zawodów                        ( które mieszczą się w hali sportowej ) z rowerem. Sprzęt ma koleś zacny i tłumaczy ochraniarzowi, że nie może tego roweru tak po prostu zostawić przed wejściem, że to drogi rower. Na co ochroniarz ze stoickim spokojem mówi”  było sobie kupić tańszy rower” 🙂 🙂 pozostawiam to bez komentarza.

Mając już  jakieś pojęcie o strefach dość sprawnie rozkładam rzeczy do poszczególnych stref. Wszystkie worki oklejam swoim numerem, kask, rower również. Sprawdzamy się na liście startowej, jeszcze raz szybki rzut oka na trasy czy nic się nie zmieniło.

 

Jedziemy w stronę strefy T1. Po drodze rozglądam się , jak prowadzi trasa rowerowa, gdzie nawroty, gdzie z pętli zjechać, a trasa nie należy do prostych sporo zakrętów, nawrotów  i to dość ostrych. Patrząc na to ciężko wzdycham i myślę, żeby tylko nie wygrzmocić się, żeby w tych zakrętach zmieścić się. Wieszam Bestię na wieszaku  i  jakoś tak mnie w serduchu kłuje, że zostawiam Ją taką samą, na noc 🙁 Okrywam, otulam chociaż folią. Tak na wszelki wypadek. Jeszcze tak się złożyło, że zachód słońca nas przywitał, a ja tak porzucam towarzyszkę moim jutrzejszych zmagań, która tak dostojnie prezentuje się na czerwonym dywanie :)) ach….

Jeszcze jedna chwila prawdy przede mną jak wygląda woda, gdzie jutro będę toczyć walkę. Zawieszam worek na haczyk. Mam już swój patent jak zawiązać, żeby się nie szarpać, żeby woda się nie nalała jakby w nocy padało. Tu też następuje kluczowa decyzja nie wrzucam skarpet . Będę cisnęła w pedał bosą stópką :)Przyglądam się, oceniam jak wygląda dobiegniecie z wody do strefy, dywan już rozciągnięty, ale wody jeszcze nie widzę, bo jest górka czyli musze pamiętać, że jak wybiegnę z wody, żeby na tej górce nie wywinąć orła. Piękny zachód słońca i mym oczom ukazuje się cudowna tafla wody , a w tle buzują kominy. Myślę sobie oby tak do jutra utrzymało się i niech te kominy dadzą mi swoją energię. Niestety nie ma jeszcze rozstawionych bojek, żebym mogła sobie w głowie poukładać trasę.

Jedziemy jeszcze zostawić worek w strefie T2 – z roweru na bieg. Tu też pada kolejna ważne decyzja. Nie wrzucam skarpet. Niech się dzieje. Rzucam okiem, gdzie mam ponownie „porzucić” Bestię i dalej w samotności zmagać się z biegiem. Co ja piszę w jakiej samotności przecież biegnie ze mną milion moich myśli.

Pozostaje nam jeszcze wrzucić trochę węglowodanów. Pierwszy raz będąc w Bełchatowie wybieramy fajnie wyglądającą knajpę. Trafiamy na jak się okazało otwarcie knajpki Plac ’16. Pozdrowienia dla właściciela 🙂

Ten dzień

Jak to ja w dniu startu jestem osobą nie obecną. Stres pochłania mnie w całości. Począwszy od nocy, gdzie nie mogę spać, śnią mi się głupoty i nerwowo sprawdzam zegarek chyba co godzinę. Start jest dość późno, bo o 11.00, ale mamy przed sobą 70 km i chcemy na linię startuj dojechać autobusami, które zapewnia organizator. Zjadamy po kawałku ciasta drożdżowego z dżemem ( oczywiście jakim ? truskawkowym). Robię jeszcze przed startowy catering z kanapek z serem żółtym. Najważniejsze to zabrać ze sobą pianki, czepek od organizatora, okularki, czip na nogę.

Sprawnie dojeżdżamy do Bełchatowa, przesiadka do autobusów, 40 minut i jesteśmy już na miejscu.W tym czasie jakbyś chciał/chciała ze mną rozmawiać to nie sposób. Nic do mnie nie dociera, jestem otumaniona, otoczona bańką strachu. To mój słaby punkt nie potrafię zapanować nad emocjami. Oczywiście po zawodach stwierdzam, że było mi to zupełnie nie potrzebne.

Przed startem muszę odwiedzić Bestię, zdejmuje folię, instaluję bidon. Premiera na zawodach. Wlewam wodę i wciskam dwa żele. Zakładam, że więcej na 45 km nie wypiję. Idę jeszcze do worka , który rozwiązuję, żeby jak najszybciej przy zmianie się do niego dostać. Przebieram się, depozyt i  idę w stronę wody.

Podrasowana żaba

 

Mamy jeszcze chwilkę i organizator daje 10 minut na tak zwane zapoznanie się z wodą. Korzystam. Robię rozeznanie, macham kilka razy w wodzie- jest ok. Wejście dość śliskie, po prawej stronie straszne glony. Omiatam wzrokiem bojki. Do startuje pozostaje kilka minut wszyscy na starcie tłoczą się jak pingwiny,  przebierają z nogi na nogi. Start z wody- dla mnie nowość. Po kolei wszyscy zanurzamy się , z brzegu sędzia ręką wyznacza wirtualną linie startu. Machamy w miejscu rękami, pod stopami brak dna. 3, 2, 1 ruszył wir rąk. Myślałam, że na początek wystartuje moją żabencją, ale w tym młynie nie było takiej opcji. Tak, tak pocisnęłam kraulem, hurra :)Nawet dobrze mi szło, nie dławiłam  się, czułam, że płynę. W całej tej euforii zapomniałam o nawigacji czyli na oślep młóciłam  rękami i wpłynęłam na kogoś, prawie, że po kimś przepłynęłam. Zawsze zastanawiałam się jak to możliwe i okazało się, że możliwe.  Upss, ajć, przepraszam tę osobę.Zmieniłam szybko taktykę trochę żabcią, trochę kraulem i tak na zmianę. Żabcia idealnie daje mi pole widzenia, więc tnę jak zła na czerwoną boję. Przy zmianie na kraula trochę jak wąż zmylam przeciwnika i zygzakuję :). Przy ostatniej boi postanawiam nie kozakować z kraulem tylko cisnę mocną krytą żabą i elegancko wyprzedam zawodników. Z brzegu słyszę jak komentator relacjonuje sytuację z wody. Staram się w całym tym szumie, czepku na uszach usłyszeć czas. Nic z tego. Podpływam pod bezpieczne wejście, patrze na Garmina jest ok. Szału nie ma , ale do limitu sporu czasu. Rozpakowuje się z pianki  i ciach zmiana na rower.

Bestia

Pyk żel, guarana w fiolce ( taka moja magiczna mikstura naturalny proszek z guarany rozpuszczony z wodą) i dzida. Po wodzie lubię ten moment zmiany. Stresuje się tym, czy nie spadnie mi łańcuch, że coś nie tak zmienię przerzutkę. Sprawia mi radość jak czuję, że Bestia nabiera prędkości. Na zawodach dostaję energii. Uwielbiam ten moment kiedy noga podaje i mijam innych zawodników. Czuję prędkość, wiatr szumi mi w uszach. Wtedy mam moc. Elegancko popijam sobie z bidonu ze słomki kolejną miksturę mocy ( jak ja się cieszę z zakupu tego bidonu). Zakręty, nawroty wszystko robię wpięta w pedały- duma ( oczywiście, żeby było jasne  zwalniam ).

Na trasie spotykam się z dziurami, podjazdami, nawrotami, zakrętami, wiatrem, ale umówmy się każdy z zawodników to samo musiał pokonać.

Pokonuję dwie pętle, gdzie przy ostatniej pamiętam, żeby odbić na trasę na Bełchatów czyli do strefy T2. Wszystko dobrze oznakowane,  trasa  kręta, dwa ronda. Tuż przed belką wypinam się i biegnę do miejsca , gdzie muszę ” porzucić” Bestię . Tak, jak na Enea Warszawa dostaje jakiegoś zaćmienia i nie mogę znaleźć swojego numeru.

Żar z nieba

Szybka zmiana tu na szczęście idzie gładko. Zmieniam buty ( jeszcze nie jestem na tym etapie, żeby zsiadając z roweru zostawić buty w piętę, ale dajcie mi chwilkę kiedyś tego czynu dokonam 🙂 )Kask zamieniam na daszek i w drogę. Jeszcze w rękę łapię torebkę z żelami i do pokonania mam 2 pętle. Ostatnia dyscyplina poniekąd najbliższa memu sercu okazała się dość ciężka. Na początku nie mogłam złapać rytmu w oddechu. Nogi szły, ale sapałam jak lokomotywa. Trasa też pełna zakrętasów, ale na szczęście dobrze oznakowana. Po około 1.5 km  z trasy asfaltowej wbiegało się na ścieżki parkowe. Uwierzcie mi , że niby taka mała zmiana, a dawała ulgę, bo żar lał się z nieba i asfalt płonął. Na szczęście na trasie były dwie kurtyny wodne i jak na zwykłych zawodach biegowych omijam je szerokim łukiem ,tak tu wpadałam w nie centralnie, żeby jak najbardziej schłodzić się. Obawiałam się, żeby zmęczenie i upał nie spowodowały odcięcia. Na punktach żywienia jeden kubek wody wypijałam, a kolejne kubki na głowę, żeby chłodzić ciało. Po ścieżkach parkowych, gdzie w esach-floresach się biegało znowu wybiegało się na asfalt. Było tak gorąco, że miałam wrażenia, że ten żar spod nóg bucha we mnie jak z rozgrzanego piekarnika. Drugą pętle biegło mi się już znacznie lepiej, wpadłam w rytm, oddech wrócił do normy. Wiedziałam już jak konkretnie prowadzi trasa, czego się spodziewać.

Finisz jak zwykle wyzwala we mnie niebywałe ilości pozytywnych emocji, czerwony dywan, po którym pokonuje ostatnie metry, kibice, uśmiechnięte twarze zawodników. W tym momencie pytanie po co ja to robię? nie istnieje. Jestem szczęśliwa, dumna, przepełniona radością, zdziwiona, że to już. Jeszcze przed chwila myślałam, że ten upał zetnie mi białko, a po przekroczeniu lini mety myślę sobie o jak fajnie, że była taka słoneczna pogoda. Ach ta moja głowa.

Zebrane doświadczenie:

  •  kanapka z serem żółtym zjedzona godzinę przed startem sprawdziła mi się. Udało mi się ją zjeść mimo stresu, ściśniętego żołądka.
  • nowy bidon montowany między lemondką rewelacja, dobra pojemność, słomka ratuje mi życie, bo ja mega kurczowo trzymam się kierownicy, a tak na spokojnie w pełnym uścisku mogę się napić
  • mogę jechać na rowerze i biec bez skarpet
  • nowy, jednoczęściowy strój startowy jak druga skóra
  • start z wody nie był taki straszny, fajne nowe doświadczenie
  • jak żar leje się z nieba wiem, że muszę wlewać w siebie i na siebie duże ilości wody

Miła niespodzianka:

– szukajcie 1:16,1:22 ( mąż 🙂 ), 4:09

 

A tu 1:01 🙂