close
RÓB SWOJE I NIE PANIKUJ

RÓB SWOJE I NIE PANIKUJ

9 października 2017951Views

Wszystko miałam w głowie  dopracowane, po kolei krok po kroku obmyślone, ale jak się okazało, życie miało inne plany. Było na wariata, na ostatnią chwilę, w nerwach, szale, obłędzie czy wyszłam z tego cało?

5/6 sierpnia 2017

W ciągu jednego weekendu tyle emocji, wrażeń, strachu, niepewności, niedowierzania, jak i radości, zachwytu, szczęścia,euforii. W piątek w pracy byłam już kłębkiem nerwów. Czy się denerwowałam? Kartka z kalendarza mówi sama za siebie 🙂 Jeśli myślicie, że ja dziarsko pędzę na linię startu, to tak nie jest. Na zewnątrz jestem zawieszona jak kwiat lotosu na tafli jeziora, a w środku jak dynamit wypełniony po brzegi nitrogliceryną.

Sobota dzień przed zawodami miała minąć na spokojnym odbiorze pakietów,  rozstawieniu się w strefach. Zależało mi na dokładnym rozeznaniu się, gdzie wszystko jest usytuowane, jakie jest  wyjście z wody, gdzie jest wpięcie się w rower, jak wyglądają strefy zmian? Taki rekonesans daje mi choć chwilowe poczucie kontroli i bezpieczeństwa. Wszystko po kolei. Na początek odbiór pakietów i expo. Mam niesamowite motyle w brzuchu, kiedy przechadzam się  wśród tych wszystkich triatlonistów, aż ciężko mi uwierzyć, że jestem jedną z nich,  za chwilę  podejmę to wyzwanie. Na expo czuć ducha zawodów, podoba mi się to, a wręcz napędza, dodaje energii, czuję smak rywalizacji 🙂

Widać w oczach zawodników, że oni wiedzą po co tu przyjechali. Na około słychać furkotanie przerzutek, łydki co drugiej osoby ściśnięte skarpetami kompresyjnymi. Jak to się mówi – tu nie ma lipy 🙂 Jak to ja z jednej strony jestem oczarowana, zachwycona, nakręcona, a z drugiej zastanawiam się czy, aby napewno dokonałam słusznego wyboru, gdzie się pcham? Za niecałe 24 h prawda wyjdzie na jaw.

Atmosfera mocno zaczęła mi się już udzielać, więc poszłam spożytkować energię na kibicowanie tym, co startowali w sprincie . Sama wiem jak dużo daje wsparcie kibiców na trasie. To działa jak zastrzyk energii. Widziałam na biegu Pawła Korzeniowskiego, Maciej Dowbora, Benjamina Burda, Run&Eat – z całego serca im dopingowałam i ponownie się zastanawiałam czy ja dobrze robię, że startuje w połówce? Może tak, jak oni powinnam na początku przetrzeć szlaki na krótszym dystansie ? Niecałą dobę przed startem targały mną takie wątpliwości.

Jeszcze wszystko idzie zgodnie z planem.

Po obejrzeniu zmagać zawodników biorących udział w sprincie  zaczęłam mocniej odczuwać, że godzina zero jest coraz bliżej. Postanowiłam przejechać samochodem trasę rowerową. Teraz jak sobie wszystko odtwarzam uważam, że było to jedno z lepszych posunięć. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że trasa rowerowa jest mega pofałdowana. Mowę mi odjęło jak pomyślałam, że jutro będę przez 90 km cisnęła w pedał w górę- w dół – w górę – w dół. Żeby nie było zaznajomiłam się z profilem trasy. Na początku spodziewałam się dość sporego wzniesienia, ale potem zakładałam już, że będzie w miarę gładko. Jadąc autem  i śledząc trasę przekonałam się, że moje oczekiwania były błędne. Nawet nie chcę myśleć, jak wyglądałaby moja mina w dniu zawodów, jak bym wcześniej tej trasy nie przejechała. Tak miałam przed sobą całą noc na oswojenie się z myślą, że trzeba będzie na rowerze nieźle cisnąć. Jak wracaliśmy z „oględzin” trasy w samochodzie zapadła głucha cisza. Nawet mój mąż stwierdził, że trasa jest wymagająca i nie po jego myśli. Po tych słowach – zamilkł. Atmosfera gęstniała. Każdy z nas układał sobie w głowie swoją strategię jak pokonać te 90 km sinusoidy.

i wszystko się ………

Skoro powiedziałam A, trzeba powiedzieć B. O pudło nie walczę, więc dam radę. Cały czas powtarzałam sobie w głowie, żeby nie panikować. Zaczęłam swój rytuał układania worków, pakowania, rozkładania, wizualizacji poszczególnych stref zmian.

Dokładnie obmyślałam kiedy i co będę jadła,catering na czas zawodów to u mnie podstawa, żeby mnie nie odcięło. Każdy detal ma znacznie, wszystko musi być pod ręką. Ciach, ciach tu wszystko musi działać jak w szwajcarskim zegarku.Ostatnie przeliczenia żeli, batonów, pastylek z glukozą. Lubię ten stan kiedy ogarniam swój warsztat. Tak wiem jestem takim typem, że muszę sobie wcześniej wszystko przygotować, bo inaczej się uduszę 🙂 Zatem zadowolona spoglądam na worki i jeszcze raz je skanuje czy, aby o wszystkim pamiętałam, kiedy nadchodzi mój mąż i obwieszcza – zatrzasnąłem kluczyki od samochodu w bagażniku. Myślę sobie dobry żarcik pewnie dla rozładowania atmosfery napiętej jak struna. Jednak po chwili okazało się, że to nie był dowcip. Pewnie myślicie sobie, że przecież do zawodów nie potrzebne jest auto, więc czym się stresuję?  Jednak potrzebne, bo rowery do strefy zmian trzeba zawieźć, w bagażniku leżą w torbach popakowane nasze rzeczy potrzebne do pływania i jeszcze rzeczy męża na rower. Myślę sobie spokojnie przecież wszystko da się zrobić, nie jesteśmy na odludzi. Kolejny raz tego dnia powtarzam sobie spokój mnie uratuje, nie panikuj. Mąż gmera przy aucie coś próbuje zdziałać. Ani drgnie. Całe auto zamknięte, a kluczyki dostojnie leżą sobie w bagażniku i to koło kanapek z żółtym serem, które sobie przygotowałam, żeby w ciągu dnia coś wrzucić na ząb. Nieśmiało zerkam na zegarek z tyłu głowy pamiętając, że do 22 można instalować się w strefach zmian. Trzeba działać i postanawiamy skorzystać z pomocy fachowca. Nadjeżdża uzbrojony w różne przyrządy, mechanizmy człowiek, w którym pokładam całą nadzieje, że dokona cudu. Majster dwoi się i troi, coś ustawia, przestawia przy zamku, koduje, rozkodowuje. Mam wrażenie, że łączmy się z NASA i co? Nic. Zero. Du… Nadal samochód zamknięty, zaryglowany. Fachowiec po prawie 2 h pracy poddaje się i stwierdza, że nie jest nam w stanie pomóc. Życzy miłego wieczoru i odjeżdża. Stoję przy zamkniętym aucie i chce mi się płakać, wyć. Ja pierdziu. Czas zaczyna nam się kurczyć. Jestem już tak zdesperowana, że myślę o wybiciu szyby, ale nic nie mówię. Mąż uaktywnia plan B – kluczyki zapasowe, które nadaje u konduktora w Warszawie teść. Nadaje to bardzo spokojne określenie. Prawie w ostatniej chwili wbiega na peron i wkłada w rękę konduktorowi kluczyki do naszego auta z krótkim komentarzem. Pociąg ma być w Gdyni o 22.

Na wariata.

Trzeba działać, bo zostaje nam mało czasu do zamknięcia stref, a musimy wstawić rowery, rozwiesić worki. Pakujemy bestie na samochód znajomego co wiąże się z przekładaniem belek z jednego auta na drugie. Nerwowo zerkam na zegarek, żołądek mam na maksa ściśnięty. Bierzemy to, co mamy i w drogę. Mój uporządkowany świat wywraca się do góry nogami i wszystko wygląda jak nasz bagażnik. O rany, ratunku…..

 

A tak miało być pięknie, spokojnie. Cały mój plan upadł. Wszystko było na wariata. Do stref wchodzimy dokładnie 21.45. Zaczyna padać deszcz, jest ciemno. Jestem oszołomiona, zdezorientowana. Nie tak to miało wyglądać. Dodatkowo okazuje się, że nawet nie mogę okryć swojej bestii, bo wieczorem ma być silny wiatr i organizator obawia się, że worki staną się żaglami dla rowerów i odfruną. Staram się z całych sił w tym szaleństwie zapamiętać, gdzie zaparkowałam rower, w której alejce. To nie są żarty przede mną rozpościera się niesamowity widok prawie 2 500 tysiąca rowerów.

Przy pomocy latarki w telefonie odwieszam worki. Jest tak ciemno , że musze mocno sobie przyświecać, żeby odpowiedni kolor worka powiesić w dobrym miejscu na odpowiednim numerze.Tu też zastaję tysiące worków, bo o tej porze już raczej wszystkie wisiały. Tak chciałam wszystko spamiętać, a miałam w głowie mętlik. Wracamy do auta znajomego i zjadamy suche wafle ryżowe znalezione , gdzieś w bagażniku między butami do biegania, pompką do roweru i milionem innych dupereli, które wrzuciliśmy do bagażnika na zasadzie, a może przyda się. Moje pyszne kanapki z serem żółtym ( ostatnie odkrycie, że to mi służy ) leżą sobie teraz dostojnie w naszym zamkniętym aucie i ucinają pogawędkę  z kluczykami w bagażniku 🙂 Już chciałam odetchnąć  z ulgą, gdy nagle uświadamiam sobie, że nie ma co się delektować waflem ryżowym tylko trzeba gnać na dworzec odebrać kluczki od konduktora. Głupia ja spodziewałam się, że pociąg nadjedzie punktualnie. 20 minut opóźnienia. Jestem już zmęczona. Stres daje się we znaki, robi mi się zimno i chce mi się spać. Przypominam sobie, że mam ze sobą worek foliowy od roweru.Okrywam się nim i siadam na dworcowej ławce. Czuje się jak lump. Miałam być wypoczęta, pójść wcześnie spać. Nie wyszło. Skulona, otulona foliowym workiem „relaksuje” się na peronie, a w głowie kłębią mi się myśli czy konduktor będzie miał kluczyki? czy auto się otworzy?

Kluczyki nadjechały, auto udało się otworzyć, a ja jeszcze do prawie pierwszej w nocy ogarniałam rzeczy.

Start

Sobota intensywna, stresująca, na wariata. Krótki sen i nastał sądny dzień. Standardowo objuczam bestię bidonami jakbym conajmniej wyruszała na pustynię. Sprawdzam czy wszystko jest na swoim miejscu i pędzę do depozytu, bo chcę choć na chwilę wejść do wody przed startem. Zauważyłam, że to krótkie zanurzenie daje mi odrobine spokoju. Nagle trach urywa mi się mój ulubiony klapek, moje ulubione japonki, o nie……chyba mój przydział pecha powinien się był wczoraj skończyć !!! Przestawiam swoje myślenie na inny tor. Jest nowy dzień to jest znak na szczęście. Przecież wszystko  jest w moje głowie, nie może być inaczej. Wciskam się w piankę i wchodzę do wody. Na około słyszę głosy, że woda zimna, że pełno meduz. Na szczęście jakoś mój organizm nie odnotowuje tej zimnej wody. Mam mega wadę wzroku ( spoko pływam w soczewkach, więc coś tam widzę), do tego okularki przyciemniane, a jeszcze stres i koncentracja maksymalna na bojkach, że powiem Wam szczerze nie widziałam ani jednej meduzy 🙂

Otchłań zatoki

Kiedy stoję na starcie to myślę byle tylko przepłynąć. Jak przepłynę to byle przejechać, a potem to już jakoś dobiegnę. Tak ten swój umysł pocieszam, że to właściwie nic takiego. Nawet w myślach nie  wymawiam, że to 1/2 Ironmana.

Strzał oddany i poszła fala zawodników. Start jest w formie rolling start czyli nie wszyscy na hura startują tylko po 8  zawodników co 10 sekund staje na lini startu i dzida do wody. Mój pierwszy w tym roku start w Warszawie w Enea 50i5 był właśnie w takiej formie, więc już wiedziałam o co chodzi. Za nim jednak wystartowały przede mną poszczególne fale minęło dobre 30 minut. Zaczynało mną telepać. Standardowy u mnie objaw stresu, więc zajmuję czymś innym myśli. Staram się dojrzeć jak dokładnie są ustawione boje. Są tak daleko, że nie jestem z lądu w stanie dostrzec ostatniej boi, przy której ma być nawrotka. Przyjmuję taktykę płynięcia za tłumem i jakoś to będzie.

Moja kolej stoję na lini startu z pozostałymi siedmiomam zawodnikami. Każdy koncentruje się na swoim zegarku, żeby w odpowiedni czasie odpalić magiczny guzik, który będzie nieubłagalnie odliczał każdą naszą godzinę, minutę, sekundę do mety.

 

Wchodząc do wody myślałam tylko o jednym, żeby złapać rytm, dobrą nawigację na boje i do przodu. Jeszcze jedna ważna zasada, którą powtarzał mi od początku zarówno mąż , jak i trener „rób swoje”. Pierwsza prosta mam wrażenie, że nigdy się nie skończy. Co wydaje mi się, że widzę ostatnią boję patrzę, a za nią kolejna i kolejna. Ufff …dopływam do zawrotki. Kilka metrów i kolejna zwrotka i już płynę w kierunku plaży. Widzę w oddali „Gdynia Eye” lepiej mi na sercu, że nie płynę w jakąś nie znaną otchłań tylko zbliżam się ku lądowi.

Jeszcze tylko ostatnia prosta wzdłuż falochronu. Tu wydaje mi się, że stoję w miejscu – czy płynę pod prąd? czy sił mi już brakuje? Kątem oka widzę wyjście z wody, słyszę głos spikera. Dodaje mi to powera. Serce zaczyna bić szybciej. To już, zaraz wyjdę z wody. Powstrzymuję na wodzy emocje, bo póki nie poczuję lądu, nie zobaczę czasu. Nie ma co popadać w zachwyt. Najważniejsze, że przepłynęłam w całkowitym poczuciu , że mam nad sobą kontrolę w wodzie, zero paniki, głupich, niepotrzebnych ruchów. Jest dopływam.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Wyjście z wody dość trudne, bo po metalowych schodach. Czuję pod nogami oparcie, patrzę na zegarek i nie wierzę własnym oczom 46 minut. Tak, tak wiem dla tych co są wytwornymi pływakami to żenada, ale jak wiecie mi do Phelpsa daleko, więc ten wynik była dla mnie mega pozytywnym zaskoczeniem. Oscylowałam koło 55 minut i tu taka niespodzianka 🙂 Wbiegam uradowana do strefy zmian  i jeszcze bardziej uśmiecha mi się buzia, bo widzę męża, który pędzi już na rower.  Serce mi się raduje, motyle w brzuchu jak na pierwszej randce. Nasze oczy się spotkały, szybka wymiana zdań  na zasadzie czy wszystko w porządku. Ta chwila, te kilka sekund dodaje mi energii, mocy,  jakoś mi raźniej, lżej na sercu. Pędzę do bestii i w drogę, bo przede mną 90 km  „przejażdżka”.

Trzeba dobrze kręcić

Na wpięciu w pedały jak zwykle szał. Jedni przewracają się, inni wpadają na siebie. Ustawiam się jak najdalej od takich szaleńców. U mnie spokój to podstawa. Pierwsze metry prowadzą po kostce brukowej, więc nie cisnę, żeby nic nie urwać, nie pogubić bidonów. Za chwilę będzie zakręt i pod górę, więc tam dobrze usadowię się na siodle i rozpoczynę swoją rowerową przygodę. Zaprogramowałam się, że będę cisnęła w pedały, że dam radę przejechać te 90 km. Choćby spadł deszcz, grad, śnieg będę jechała. W calej swojej „rowerowej karierze”, krótkiej, bo krótkiej, ale jak intensywnej  nie namachałam się tak wajchą od przerzutek jak na tych zawodach 🙂 Trasa jak rollercoaster.Podzieliłam ją sobie na części, gdzie co 20 km cyk-pyk żel i dalej w drogę. Noga dobrze mi podawała i taktyka, że co 20 km wciągałam żel powodowała, że ani razu nie poczułam spadku mocy. W całej tej jeździe góra- dół- góra- dół ewidentnie muszę popracować nad zjazdami, żeby było szybko i bezpiecznie. Jak dla mnie była to trasa wymagająca, nie jakieś tam pitu-pitu tylko trzeba zdrowo kręcić, żeby dobrze ją pojechać.

Można biec, iść lub czołgać się

Kiedy odstawiam bestię do stajni odczuwam ulgę, że już teraz zostało mi „jedynie” 21 km biegu. W regulaminie zawodów jest napisane, że można biec, iść lub czołgać się, więc domniemam, że którymś z tych trzech sposobów dotrę na metę. Żarcik. Dobiegnę, w swoim tempie, bez zrywów. Mam przed sobą eleganckie 3 pętle po mieście.

Wśród kibiców, punktów, gdzie grą muzyka na żywo.To wszystko mi pomaga. Część trasy jest z widokiem na morze lepiej być nie może. Wybiegając ze strefy miałam przygotowany cały swój zestaw do jedzenia w torebce strunowej, którą zainstalowałam sobie za topem. Super ten patent mi się sprawdza. Wyjątkowo oprócz żeli miałam ze sobą jeszcze pastylki Dextro. Wpisuje je sobie do swojej listy „must have”. Przy takim wysiłku z jednej strony mam ściśnięty żołądek, a z drugiej już mega wypełniony słodkimi żelami, więc opcja tych pastylek, które szybko dodawały mi energii świetna sprawa. Dwa razy na pętlach udało się wypatrzeć męża. Machnięcia dłonią, uśmiech i słyszałam jak woła „dasz radę” to wszystko działało jak nieziemski eliksir, sok z gumisiowych jagód. Nagle dostawałam niebywałej energii. Szkoda, że to tylko chwilowy zastrzyk takiej mocy, ale zawsze coś. Kiedy kończyłam ostatnią pętlę wiedziałam, że tego dokonam. Już widziałam strzałki, które informowały, że pozostało jeszcze tylko kilka metrów do magicznej lini. Wbiegam na ten upragniony dywan. Marzenia się spełniają.

Przekraczam linie mety – szczęśliwa, dumna, wniebowzięta. Zostałam w połowie kobietą z żelaza. Jakiś czas temu te zawody wydawały mi się jakąś totalną abstrakcją, marzeniem poza moim zasięgiem, planem, celem na kolejne lata. Czasami nie mogę sama uwierzyć w to, że mam  medal finishera  1/2 Ironmana 🙂 🙂  Enea IRONAMAN 70.3 Gdynia 2017. Jest mój i nikt mi tego nie odbierze.

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

 

Myślałam, że będzie ciężej, że mój organizm będzie przechodził katusze, że będę toczyła jakąś niebywałą walkę z samą sobą. Tak nie było. Pamiętajcie , że były to mój dopiero trzeci start w pierwszym triathlonowym sezonie. Pierwszy Enea 5i50 w Warszawie – http://mpassions.pl/sport/mowcie-do-mnie-zabciu/ , drugi w Triathlon Energy w Bełchatowie  – http://mpassions.pl/sport/nieograniczone-zrodlo-energii/

Lubię dynamikę tych zawodów, zmianę dyscyplin, coś się dzieje, wiele zmiennych, nie ma nudy. Jak ukończyłam tę połówkę, ile ja miałam w sobie mocy, energii, góry mogłam przenosić. Moja pewność siebie wzrosła chyba o 1000%. Powiedziałam sobie, że dobrze zrobiłam, że wystartowałam, że podjęłam takie wyzwanie, że miałam w ogóle odwagę zapisać się na te zawody.

Jestem szczęśliwa, że ten rok dał mi tyle emocji związanych z moim pierwszym sezonem triathlonowym. Poznałam wielu ciekawych, wartościowych ludzi, którzy wiedzą czym jest motywacja, determinacja i honor. To mi imponuje. Do tego zdobyłam doświadczenie, odwagę i nauczyłam się pokory. Otworzyłam nowy rozdział w swoim życiu i niech on trwa.

Mpassions