close
STOJE NA BRZEGU I KRZYCZĘ W ŚRODKU

STOJE NA BRZEGU I KRZYCZĘ W ŚRODKU

1 czerwca 2017446Views

Piszę do Was w Dniu Dziecka ( przy okazji wszystkiego co najlepsze dla Was, bo każdy z nas jest dzieckiem i pielęgnujmy to  ), ale wspominam jeszcze o Dniu Mamy. Jakby nie patrzeć te dwa święta przenikają się:) 26 maja to wyjątkowy dla mnie dzień- Dzień Mamy. Cudownie jest być mamą. Uwielbiam te chwile kiedy małe ludziki wtulają się we mnie i mówią „kocham Cię mamo”. Jest też druga strona medalu – nieprzespane noce, oczy podkrążone, ale serce mam uradowane.Mogłabym o tym wystosować oddzielny post, kiedyś przyjdzie i na taki pora.

Jak widać nic nie dzieje się przypadkiem, bo w tym niezwykłym „mamowym” dniu kurier dostarcza mi przesyłkę- nowiusieńką, moją własną, osobistą, pachnącą świeżością, z białymi rękawiczkami do naciągania PIANKĘ 🙂

Rok temu moja wiedza na temat tych neoprenowych wdzianek była zerowa, a teraz z wypiekami na twarzy oglądam swój skafander.Czuję euforię, radość, a zarazem strach, przerażenie, panikę, że to już nadszedł ten czas, kiedy muszę wskoczyć w moim nowym kombinezonie w  otchłani wód.Żarty się skończyły. Z taką mieszaniną emocji jadę toczyć walkę, gdzie najgroźniejszym przeciwnikiem jest moja głowa.

 

Panika

Dziwna ta moja natura z jednej strony cieszę się jak dziecko, że spróbuję popływać w piance, że w ogóle  pierwszy raz popływam kraulem w innych warunkach niż basen. Z drugiej strony myślę sobie co ja tu robię?dlaczego?po co? matka-wariatka. Wbiłam się w piankę. Nawet nie było tak źle biorąc pod uwagę fakt, że pianka nufka funka nie śmigana. Zanim ja Orca zanurzyłam  się w odmęty zbiornika wodnego jestem lekko przerażona. Nie widzę dna, wszędzie glony, szuwary, ryby, owady, żyjątka ( fuj, boje się ich, brzydzę) – wszystko to przemawia za tym, żebym jednak została na brzegu. Kątem oka widzę młodych ludzi, którzy w ten piękny, słoneczny dzień odpalają sobie turystycznego grilla, pełen relaks. Natomiast ja stoję na brzegu i krzyczę w środku. Toczę walkę sama ze sobą.

Wodowanie

Na szczęście pierwszy do wody wskoczył mój mąż. Gładko, bez problemu, muska tafle wody.Śmieję się, że z pomarańczową bojką wygląda niczym David Hasselhoff ze Słonecznego Patrolu:) Taki widok dodaje mi odwagi choć na chwilę.Na szczęście w dniu mojego wodowania świeci słońce, ładna pogoda, woda nawet ciepła. Promienie słońca odbijają się w tafli wody, smukłe drzewa dostojnie otaczają zbiornik, w oddali leniwie suną rowery wodne. To wszystko tak cudownie prezentuje się, jak stoi się na brzegu, albo na pomoście , gdzie jedynym kontaktem z wodą jest zanurzenie małego palca u nogi.Pylą sosny, więc cały żółty osad zalega na wodzie. Nie wygląda to zachęcająco. Ustalmy jeszcze jeden istotny fakt do tej pory moje pływanie to było żabkowanie w basenie hotelowym. Nie zanurzałam głowy elegancko sunąc w okularach słonecznych.Teraz mam wskoczyć do wody koloru brudnej szmaty stojąc po kostki w mule. Może nawet dobrze, że  w tym wszystkim nie widzę dna. Nawet nie staram się uaktywnić mojej wyobraźni. Pozostawiam ją ogłupiała, lekko uśpioną.

Zrobiłam to

Zbieram się w sobie. Obieram sobie punkt docelowy na przeciwnym brzegu. Staram się patrzeć niewidzącymi oczyma. Robię wszystko, żeby do mojej głowy nie dotarły takie informacje jak syfna woda, brud, robactwo itp. Jak dziecko udaję, że skoro nie widzę, to tego nie ma. Zanurzam się, stanowczo. Jest fajnie, nie ma szoku.Pianka daje niesamowite uczucie komfortu. Nie czuje chłodu wody. Dla mojej głowy to taki ochronny klosz, że jakby się zdarzyło, że otrę się o jakieś rybsko to pianka cudownie mnie otula.  Muszę zanurzyć głowę, mam świadomość, że chcą nie chcąc skosztuję tej pysznej wody. Tak napiję się tego bajora. Płynęło mi się dobrze. Myślałam, że wpadnę w panikę , że przerośnie mnie to. Miałam co prawda sytuację, gdzie w połowie drogi do brzegu  nastąpiła we mnie jakaś dziwna reakcja z oddychaniem.  W momencie zanurzania głowy, nie byłam w stanie wypuścić powietrza. Jakby ktoś przykładał mi do twarzy poduszkę i dusił.Wzięłam się w garść, płynęłam dalej.  Na szczęście nie spanikowałam. Jakoś do przodu posuwałam się.Okazało się niezłym wyczynem płynięcie w konkretne miejsce. Niby wydawało mi się, że płynę prosto, ale od czasu do czasu jak wychylałam głowę i otumanionym wzrokiem szukałam swojego celu ( na brzegu stał mąż i dzieci szalejące w czarnym piachu) to wychodziło mi, że płynę zygzakiem. W pewnym momencie miałam wrażenie , że stoję w miejscu, albo, że brzeg mi się oddala. Na koniec tak się rozpędziłam, że brzuchem sunęłam po mule:)

Jestem dumna z siebie, że odważyłam się i że nie utonęłam 🙂