close
TOKIO MARATON 2017

TOKIO MARATON 2017

13 marca 2017511Views

Wróciłam po  10 dniowej wizycie w Japonii, która była głównie podyktowana moim startem w Tokyo Marathon 2017 i od razu chce się z Wami podzielić wrażeniami. Było to zawsze moje marzenie, by tam polecieć i poznać jak się okazało zupełnie inny świat. Nie miałam jednak odwagi, aby urealnić marzenia i stało się …. Byłam, wróciłam i jestem przepełniona pozytywną energią, radością i nawet ciężko mi znaleźć odpowiednie słowa, które opisałyby co czułam będąc w tym niepowtarzalnym miejscu.
Pisząc dla Was tę relację będę mogła jeszcze raz przeżyć te chwile.
Lot do Tokio mieliśmy bezpośrednio Dreamliner’em , 10 godzin lotu. Wylecieliśmy 22 lutego tak, aby mieć kilka dni na aklimatyzację.

Maraton miał miejsce 26 lutego. Na miejscu byliśmy 23 lutego o 9.15 tak, że przed nami był cały dzień. Noc „uciekła „ nam w samolocie, ale będąc pierwszy raz w Tokio i widząc przed oczami ten niesamowity świat emocje pozwalały nam normalnie funkcjonować.

Odbiór pakietu i Expo

Od razu po przylocie ruszyliśmy po odbiór pakietu i na expo. Jak na biegaczy przystało postanowiliśmy pójść pieszo, a przy okazji podziwiać miasto.
Expo i odbiór pakietów mieścił się w dość oddalonej od centrum części miasta, ale dotarliśmy mimo, że już zmęczenie trochę dawało się we znaki.
Jak to w  Japonii wszystko było dokładnie oznakowane, dobrze zorganizowane tak, jak lubię. Do strefę odbioru pakietów mogli wejść tylko uczestnicy biegu po wcześniejszym okazaniu dokumentów. Co było miłe po odbiór pakietów prowadził czerwony dywan 🙂 Tu też się odnalazłam 🙂

Procedura odbioru pakietu podobna, jak przy każdym innym maratonie. Otrzymywało się opaskę Safe & Secure na rękę, którą już nakładali na rękę wolontariusze. Opaskę trzeba było mieć do momentu ukończenia maratonu. Bezpieczeństwo podczas zawodów było dla Japończyków priorytetem co też dodawało mi otuchy, bo jednak przy imprezach masowych, gdzieś z tyłu głowy kołaczą mi się różne dziwne myśli, które przeganiam.

Otrzymałam numer startowy, agrafki,chip montowany do buta, naklejkę z numerem startowym do naklejenia na worek do depozytu, bilet na metro ( w dniu maratonu przysługiwał mi darmowy bilet na metro ważny 24 h od momentu skasowania)  i spory magazyn dotyczący najważniejszych informacji  o maratonie. Potem kolejny przystanek, gdzie otrzymywało się worek do depozytu, a na końcu koszulkę. Wszyscy z obsługi byli mili, uśmiechnięci i było ich na tyle dużo, że nigdzie nie stało się w kolejkach. Na koniec przejście już do strefy expo, gdzie mogły dołączyć osoby towarzyszące, rodzina, znajomi.

Expo już na wejściu przywitało nas ferią barw, kolorowe i wszędzie widoczne logo maratonu. Otaczały mnie różnego rodzaju miejsca, gdzie było można sobie robić zdjęcia. Ściana z imionami i nazwiskami uczestników, gdzie udało mi się siebie odnaleźć 🙂

Miejsce, gdzie była rozrysowana cała trasa , filmik prezentujący trasę maratonu.

 

Po oficjalnej prezentacji  naszym oczom ukazała się wielka hala pełna wystawców, olbrzymie stoiska sponsorów maratonu m.in. Ascica, BMW, Seiko. Robiło to niesamowite wrażenie.

Sprawny odbiór pakietu bez kolejek oraz przejście expo zajęło nam około 3 h.
Całą wizytę zakończyliśmy pysznym jedzeniem w strefie punktów gastronomicznych. Wyjątkowo przy daniach  był opisy po angielsku .

 

Zakwaterowanie

Po tylu godzinach na nogach, rozemocjonowani i z odebranym pakietem w ręku wróciliśmy do hotelu. Tu kolejna nowość, którą zarezerwowaliśmy będąc jeszcze w Warszawie – hotel kapsułowy. Widząc na zdjęciach w wyszukiwarce wiedziałam, że musze tego spróbować.Do tej pory nigdy w tego rodzaju hotelu nie spałam i byłam tego niezmiernie ciekawa. Jak taki hotel faktycznie wygląda? jak się tam śpi? czy w ogóle jest się w stanie człowiek w czymś takim  wyspać? Ze względów oszczędnościowych i ze zwykłej ludzkiej ciekawości wzięliśmy sobie pokoje wieloosobowe z podziałem na płci. Recepcjonistka starała się nam wszystko wytłumaczyć, ale umówmy się język angielski w Japonii jest pojęciem względnym. Nawet jak znajdziemy Japończyka, który włada angielskim to zrozumienie wymowy jest dość ciężkie, bo „połykają” ,niektóre sylaby i brzmi to jakby się dusili. Na szczęście był mini folder z rysunkami. Na wstępie ważna informacja szafka na buty, gdzie trzeba obowiązkowo pozostawić swoje obuwie, a w zamian w szafce znajdują się specjalne kapcie, w których poruszamy się po hotelu. Dla Japończyków jest to bardzo ważna zasada, do której wszyscy się stosują. Kolejnym ważnym elementem jest znalezienie swojej szafki ( taka metolowa jak, w niektórych fitness klubach), gdzie chowamy swój bagaż, kurtkę i w środku szafki znajdujemy ręcznik. Kolejna informacja dotyczy, na którym piętrze znajdują się prysznice, toalety, pokój socjalny i pralnia. Po wieczornej toalecie ( z milionem pytań w głowie czy spod pryszniców mogę przejść w piżamie do swojej szuflady, czy mogę chodzić w swoich klapkach czy w tych co dostałam?) układam się, moszczę w moim „apartamencie”, gdzie idealnie mieści mi się kosmetyczka, Kindley, na półeczce ładuje się telefon dochodzę do wniosku, że tak naprawdę to więcej miejsca mi nie potrzeba. Zasłaniam wszystko roletą i mam swój mały, tyciutki świat, a ja w nim jak Calineczka . Śpię kamiennym snem, bo w całym pomieszczeniu, gdzie znajduje się kilkanaście kapsuł jest cicho jak makiem zasiał, a wszystkie prawie zajęte.
Po jednej przespanej nocy uważam, że jest to bardzo fajne rozwiązanie.

 

Dzień przed maratonem pojechaliśmy dokładnie obejrzeć, gdzie będzie start i meta. Dość często przy maratonach jest tak, że zarówno start i meta są w tym samym miejscu. Co wiąże się z tym, że tam gdzie oddajemy worek do depozytu, to w tym samym miejscu go odbieramy czyli problem mamy z głowy. Tu było inaczej. Depozyty były umiejscowione na tirach, które przejeżdżały w inne miejsce blisko mety. Zatem uzgodniliśmy miejsce spotkania po moim dobiegnięciu, bo z mapki wynikało, że odbiór depozytów jest stosunkowo oddalony od mety i jest strefa wydzielona tylko dla uczestników maratonu. Staraliśmy się rozpracować po mapce i po tym co widzieliśmy, gdzie będzie depozyt (samochód ), do którego mam oddać worek. Dzień przed maratonem już widzieliśmy jak ustawione są pewne elementy miasteczka, więc pomagało nam to w ogólnej orientacji w terenie. Dla mnie ten moment był dość istotny, gdyż fakt, że po przekroczeniu bramek będę wśród 36 tysięcy biegaczy sama powodował u mnie paraliż. Tak, jak wcześniej wspominałam Japończycy słabo mówią po angielsku, więc trzeba liczyć tylko na siebie. Zresztą to jedna z moich podstawowych zasad przy bieganiu. Zatem starałam się zapamiętać jak najwięcej szczegółów, aby móc się później odnaleźć.
Wracamy do hotelu i jeszcze w pokoju socjalnym , gdzie obydwoje możemy się spotkać omawiamy szczegóły poranka.
Noc przed maratonem to jak noc przed jakimś istotnym wydarzeniem , wylotem w daleką podróż, ważnym spotkaniem – spałam jednym okiem i co godzinę budziłam się i sprawdzałam czy nie zaspałam. Nie jestem w stanie nad tym zapanować. Tak już mam. Chociaż nie walczę o miejsce na pudle, nie startuje w olimpiadzie, a jednak tak angażuje się, przeżywam, emocjonuje, że ta noc jest zarwana.

Dzień maratonu

Rano wstałam chwilę po 5. Ubrałam się we wcześniej przygotowane ubranie do biegu i na całość dres, bo rano jednak było chłodno i zawsze jak stresuję się to jest mi zimno. Dla tych co wcześniej nie biegali w imprezach zorganizowanych, zawodach to podstawą jest dzień wcześniej przygotowane to, w czym mamy biec i to, co będzie nam potrzebne na biegu( ja miałam ze sobą żele Squezzy, żelki Power Bara )i  to, w co przebierzemy się po biegu. Sprawdzam przed wyjściem czy mam chipa zamontowanego na bucie, numer startowy. Tuż przed startem emocje dają się we znaki. Obserwowałam już tyle osób szykujących się do startu, którzy przebiegli naście maratonów, ultramaratonów i zawsze widzę u nich stres, napięcie. Wracając do mnie na śniadanie tost z dżemem i banan. Wyruszyliśmy do metra o 6.45 . Ładna, słoneczna pogoda i miasto jeszcze o tej godzinie spało. W metrze było już widać biegaczy, którzy zmierzali na linię startu. Kawałek od wyjścia z metra stali wolontariusze z tabliczkami kierującymi do wejść do odpowiednich gate’ów czyli do bramek , gdzie odbywała się kontrola. Do tego momentu mogłam być z mężem, który dzielnie mnie wspierał. Jeszcze raz tłumaczył, gdzie mam się udać do depozytu, a stamtąd w która stronę na start. Nawet nie wiecie jak obecność bliskiej osoby w takich momentach jest ważna. Ja wiem, czuję, że mam w oczach strach i obłęd co idealnie widać na zdjęciu poniżej. Ja jestem kłębkiem nerwów, a mój mąż wręcz przeciwnie i dlatego idealnie w biegach uzupełniamy się.

Zawsze w duchu sobie tłumaczę, że po co się stresować to tylko bieg, ale nie potrafię okiełznać emocji, które mną targają. Pewnie zadajecie sobie teraz pytanie po co Ona startuje skoro tyle ja to kosztuje nerwów i stresu? Wiecie co Wam odpowiem – strach mnie napędza, motywuje, dodaje mi skrzydeł, mobilizuje mnie. Przekraczam  swoje granice komfortu psychicznego. Lubię ten stan. W tłumie biegaczy zmierzam do bramki, gdzie skanują mi opaskę, która mam na przegubie ręki. Następnie sprawdzany jest worek do depozytu . Przechodzę przez kolejna bramkę z czujnikami .Czułam się jak na kontroli na lotnisku, ale w ogóle mi to nie przeszkadza, bo wiem , że to dla bezpieczeństwa mojego i wszystkich biegaczy. Imponuje mi jak wszystko jest dokładnie zorganizowane, przemyślane. Ile w całym przedsięwzięciu bierze udział wolontariuszy. Żwawym krokiem przeciskam się przez tłumy przyszłych maratończyków w stronę depozytu.

Depozyt w  tirze.

Niesamowicie skupiam się , aby bezbłędnie dotrzeć na miejsce, bo wiem, że każda minuta ma tu znaczenie. Zaplanowałam, że do startu będę w worku foliowym Adidasa, który mam z jakiegoś biegu i idealnie mi się sprawdza. Dla mniej wtajemniczonych przed startem jest chłodno, a jak się już ruszy to znowu ciepło i nie za bardzo jest co zrobić z kurtka, bluzą, a regulamin wspominał, że nie wolno wyrzucać po drodze zbędnych rzeczy. Zatem zanim zacznie się bieg jest jeszcze trochę czasu i ważne, żeby nie wychłodzić organizmu. Sprawdzają się różne fole, worki. Najbardziej pomysłowe i co zapamiętałam sobie, że na jakimś biegu wypróbować jest kombinezon malarski. Obowiązkowo przed startem toaleta. Tu też spotkałam się z nowością koniec kolejki wyznaczał wolontariusz z tabliczka z napisem Toilet. Tuż przy toi toiach stała kolejna osoba, która nadzorowała, które toalety są wolne, a które zajęta, aby całość sprawnie przebiegała. Pamiętajmy, że z toalet korzystało 36 tysięcy biegaczy. 9.15 start masa biegaczy ruszyła falami z różnych gate’ów. Pierwsza myśl byle ruszyć i już będzie dobrze już głowa będzie zajęta czym innym. Przy dystansach dłuższych niż półmaraton (21 km) ustalam sobie taktykę, że cele obieram sobie co 10 km. Wtedy wiem kiedy powinnam zjeść żel energetyczny i ustalam gdzie na trasie są punktu nawadniania, żeby móc żel popić. Na całej trasie maratonu było wystarczająco izotoników, wody. Były też strefy odżywiania , w których dostępne były bułeczki, banany, pomarańcze, batony energetyczne. Ja nigdy nie korzystam ze stref odżywczych, jem na trasie tylko to, co mam przy sobie i to, co mam wypróbowane. Co 600 metrów były również na trasie toalety, gdzie był wyznaczony oddzielny pas do zejścia z trasy, aby udać się w wiadomym celu. Dodatkowo przy takim zejściu z trasy wolontariusze nakierowywali biegacza, następnie kolejny wolontariusz doprowadzał biegacza do toalety i przy toaletach kolejny wolontariusz wskazywał wolna toaletę. Skąd to wiem ? Mój mąż bacznie obserwował to, co dzieje się na trasie, przy trasie . Kolejnym miłym zaskoczeniem był fakt, że przez całą trasę maratonu 42 km stali po obu stronach trasy kibice. W takim maratonie jeszcze nie brałam udziału, a musicie mi wierzyć  , że kibic ma niesamowitą moc motywowania i wspierania. Przybijanie piątek, okrzyki, uśmiechnięte twarze, różnego rodzaju szyldy( mniej lub bardziej dla mnie zrozumiałe, bo pisane po japońsku) to daje siłę. Następnym miłym aspektem biegu była różnorodność przebrań maratończyków co powodowało, że biegło się w kolorowym morzu biegaczy – spidermani, myszki Miki,  batmani , truskawki, piwo itp.

Dbanie o środowisko naturalne, bycie jego częścią to domena Japończyków i co za tym stoi przy takim tłumie biegnących maratończyków co kilkanaście metrów stali wolontariusze z torebkami na śmieci, gdzie trzeba było, podkreślam trzeba było wyrzucać śmieci takie jak kubki po wodzie, izotoniku, papierki po żelach. Nie wyrzucamy nic na ulice co ma miejsce na biegach, w których do tej pory brałam udział. Oczywiście pomijając biegi górskie, gdzie jest to absolutnie nie dopuszczalne.

Zaskoczeniem dla mnie była meta, gdzie spodziewałam się lepszego oznakowania, jakiegoś dużego emblematu z napisem meta, a stały po dwóch stronach słupki z napisem finish. Tu czekała na mnie kolejna niespodzianka. Do tej pory po przebiegnięciu linii mety rozdawane są napoje , medale. Tym razem z linii mety prowadziła dość długa droga do punktów, w których po kolei każdy biegacz otrzymywał folie izotermiczną, ręcznik finishera, medal, napój izotoniczny, banana, zapakowana małą kanapeczkę z masłem orzechowym, małą wodę, baton energetyczny. Następnie kierowano nas w stronę depozytów. Wszyscy wolontariusze, a było ich pełno bili maratończykom brawo, wołali „good job”kiedy widzieli cudzoziemców – czułam się wyjątkowo.

 

Tuż po przebiegnięciu maratonu nie tracąc czasu udaliśmy się Shinkansens w drogę do Kyoto.

 

Mimo tego, że nie uzyskałam na tym biegu spektakularnego wyniku, bo w sumie nie oto mi w tym starcie chodziło miał on dla mnie zupełnie inny charakter niż moje dotychczasowe maratony.Czym  różnił się:

  • spełniło się moje marzeniem, aby pobiec maraton w Tokio i odwiedzić kraj kwitnącej wiśni
  • sprawiłam, że niemożliwe stało się możliwe
  • byłam zupełnie sama przed startem, na starcie i dałam radę ,nie spanikowałam. Pamiętajcie, że zawsze do tej pory biegłam z mężem, a teraz w 36-ścio tysięcznym tłumie byłam samotną istota. Dla zobrazowania zazwyczaj jak stoimy na starcie mój mąż rozgląda się z zaciekawieniem( a jest wysoki i ma dobry widok) i mówi do mnie”zobacz, zobacz ile ludzi przed nami, ile ludzi za nami”. To ja w tym czasie próbuje zająć swój umysł, żeby właśnie nie koncentrować się na  tym tłumie, który mnie otacza. Nie mam ogólnie lęku przed tłumem i ściskiem, ale w takich sytuacjach jak start w wielotysięcznej grupie wymaga to ode mnie mobilizacji i wewnętrznej odwagi
  • czerpałam całą sobą radość z maratonu. Biegnąc te 42 km byłam pełna zachwytu, spełnienia, a momentami niedowierzania, że to już , że biegnę maraton  w Tokio
  • będąc kilka dni przed maratonem w tym mieście  było widać jak mieszkańcy przygotowują się do tego wydarzenia, jak nim żyją i widząc uśmiechnięte twarze kibiców na całej trasie, jeszcze raz podkreślałam na całej trasie czułam się w 100% częścią tego niebywałego  wydarzenia

Podziękowania:

Przede wszystkim dziękuję mojemu mężowi, który wspiera mnie,dodaje siły, motywuje na każdym kroku.To dzięki Niemu moje szalone pomysły wychodzą na światło dzienne. Bez mojego męża nie byłabym tą osoba, która jestem i nie byłabym na tym miejscu, na którym jestem.Uwierzcie mi przy tak aktywnym życiu, gdzie obydwoje trenujemy wymaga to od nas niebywałej logistyki, harmonii, wzajemnego zrozumienia, wsparcia i zaangażowania.

Dziękuję firmie Salter Fitness za zaufanie, za to, że wspierała mnie w profesjonalnych treningach, za pomoc w spełnieniu mojego biegowego marzenia.

Dziękuję tym wszystkim, którzy we mnie wierzyli, kibicowali i śledzili moje poczynania.