close
ZIELONY SZCZYPIOREK WŚRÓD WYMIATACZY

ZIELONY SZCZYPIOREK WŚRÓD WYMIATACZY

20 kwietnia 2018345Views

Sama nie wierzę w to, co zrobiłam. Pokonałam swój strach, swoją barierę w głowie. Przemogłam się, przełamałam. Wyszłam ze swojej strefy komfortu. Jeszcze kilka dni temu wydawało mi się, że jazda po torze kolarskim to nie dla mnie, że się do tego nie nadaje, że nie przekroczę nigdy tej czerwonej lini. W środku poddałam się, odpuściłam. Pomyślałam, że siła odśrodkowa na mnie nie działa 🙂

Przygodę z torem kolarskim rozpoczęłam dopiero niedawno. Jak zwykle w takich chwilach stwierdzam, że szkoda, że tak późno, ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Byłam na torze raptem dwa razy. Można powiedzieć trochę na wariata – coś poczytałam, posłuchałam co mówią inni i powolutku z duszą na ramieniu ruszyłam na tor. Próbowałam tak po swojemu ułożyć sobie w głowie na czym to wszystko polega. Pojawiły się nowe słowa, sformułowania takie jak ostre koło, siła odśrodkowa, dawanie zmian, jazda na kole po torze, wychodzenie z wirażu. Czułam się zagubiona, ręce i nogi mi się trzęsły. Co,jak, kiedy?

Zapomniałabym o najważniejszym u licha ten rower nie ma hamulców !!!!

Gdzie ja się pcham?

Po, co mi to? a jednak coś w środku mi szeptało idź spróbuj 🙂

Cały czas powtarzałam sobie ” nie przestawaj kręcić pedałami” , „kręć, kręć, bo jak przestaniesz to po prostu leżysz i złożysz się jak scyzoryk”.

Oj było mi ciężko. Jak ruszyć, jak dołączyć na torze do pozostałych, żeby nikomu nie zajechać drogi, jak dojadę do kogoś to jak wyprzedzić, bo przecież nie mam hamulców, więc nie zahamuję – miałam wiele pytań, wątpliwości. Jak patrzyłam na tych, co kręcą kółka na torze to wglądało to imponująco. Podjęłam wyzwanie, spróbuję. Wsiadłam, pojechałam, powoli, jak żółw ociężale, ale nie za wolno, żeby nie przewrócić się. Tak mocno zaciskałam ręce na kierownicy, że aż mi drętwiały. Skupienie na maksa, nic nie widziałam oprócz swojego przedniego koła 🙂 kółko, za kółkiem jechałam. Wjechałam tylko  na tartan dalej nie szło. Jak zeszłam to odetchnęłam, że już jestem po . Hmmm…. może to nie dla mnie ?

Łatwo nie poddaję się. W kolejnym tygodniu znowu spróbowałam. Już czułam się trochę pewniej. Wiedziałam czego mogę się spodziewać. A może uda mi się przełamać i wjadę wyżej na tor? Nic z tego taka blokada, że szok. Głowa nie pozwalała mi na przekroczenie tej magicznej czerwonej linii. Wydawało mi się, że ci co jeżdżą na torze wysoko to używają jakiejś magii. Normalnie Harry Potter.

Cały czas tłumaczyłam sobie, że wystarczy tylko szybciej jechać, mocniej , ale jak depnę w pedał, rozpędzę się to przecież nie przyhamuję, bo nie mam czym. Jak będę miała kogoś przed sobą to musze go ominąć czyli z prawej strony wjechać wyżej na górę , a głowa nie chce tam wjechać. Trzeba jeszcze przez ramię cyk zerknąć czy komuś nie zajeżdżam drogi. Niby wszystko łatwe, ale chodź spróbuj, przekonaj się.

Za drugim razem znowu zeszłam z roweru z poczuciem, że to chyba nie dla mnie. Któregoś dnia wyczytałam , że na torze będzie obchodzony Dzień Kobiet- same dziewczyny, fajna atmosfera. Zapisałam się. Jechałam na to spotkanie z przekonaniem, że znowu będę powoli kręcić kółka na tartanie i tyle. Jak tylko weszłam to poczułam , że będzie dobrze. Tyle pozytywne energii biło od tych wszystkich dziewczyn. 25 szalonych rowerzystek – jedne wiedziały co i jak, inne były tak, jak ja raz czy dwa na torze kolarskim , inne nigdy w życiu. Wszędzie unosił się zapach kawy od @kawadlakolarzy , dziewczyny przyniosły szarlotkę, ale te wszystkie dobroci dopiero po treningu.

Podzielono nas na odpowiednie grupy w zależności od umiejętności. Dwóch trenerów wszystko wytłumaczyło, po kolei miałyśmy różnego rodzaju zadania. Zaczęło mi się podobać. Jedno kółko, drugie i słyszę jak trener do mnie woła luźno ręce, szybciej nogi i przy wyjściu z wirażu ciśniesz na czerwoną linię, albo wyżej. Zrobiłam to. Magia zaczęła działać. Nawet nie wiecie ile mi to dało radości. Nie wiarygodne, że coś co przed chwilą wydawało mi się Monte Everestem nie do zdobycia teraz osiągnęłam to. Miałam z tego niebywałą frajdę. Uśmiech od ucha do ucha.

Kolejne zadania, slalom, umiejętność wyhamowywania pedałami i inne sztuczki spowodowały, że poczułam się pewniej na torze. Nie byłabym sobą jakbym nie spróbowała jeszcze wyżej wjechać. Radość z tego, że przemogłam się pociągnęła mnie pod bandę, już wyżej się nie da. Sama nie mogłam uwierzyć, że moje nogi tak mnie poniosły, że głowa odpuściła.

Dostałam też cenna radę od trenera, żeby pamiętać, że jak jeździ się na górze to musi być pełna koncentracja, tor błędów nie wybacza. Jeśli tylko czuję, że nie mam siły, koncentracja odpuszcza powinnam zjechać na dół odpocząć i wrócić jak będę pewna, że podołam. Słucham, chłonę każdą uwagę, radę, bo z jednej strony jest w tym zabawa, radocha, ale też trzeba pamiętać o bezpieczeństwie.

To były fantastyczne 2 godziny treningu na torze kolarskim. Całe popołudnie chodziłam uśmiechnięta i dumna z tego, że tak śmigałam. Tak bardzo cieszyłam się, że  przełamałam swój strach, wyszłam ze strefy komfortu, ale nic nie było na siłę. To, co robiłam dawało mi radość.

Skoro poczułam się już swobodnie na torze podjęłam wyzwanie, że jadę na prawdziwy trening na torze kolarskim z kolarzami, którzy dokładnie wiedzą co i jak. Tak, tak szaleństwo, poczułam wiatr w żaglach i od razu chciałam wypłynąć na szerokie wody. Dokładnie tak.

Na początku znowu magia nie działała. Jeździłam wkoło i nie mogłam przebić się wyżej. Myślałam sobie to nie możliwe przecież wiem, że można, że dam radę. Co ta głowa ze mną robi. Sama wewnętrznie zaczęłam dyscyplinować się, motywować. Skoro już raz to zrobiłam to znaczyć, że potrafię, że dam radę.

Trener oznajmił, że teraz będę uczyła się dawać zmiany. Na razie spokojnie, we dwie zaczęłyśmy. Girl power 🙂 .

@dawajchuda dziewczyna petarda, która wzniosła mnie na wyżyny moich możliwości

My dziewczyny rozumiemy się bez słów. Na początek spokojnie, żeby załapać rytm. W pewnym momencie krzyczę do Agi dawaj na wyższą linię i poszło. Oczywiście na początku miałam problem z tym, żeby siedzieć Adze na kole i zostawiałam tak zwany bezpieczny odstęp ( bo przecież nie zahamuję), ale jak później poczułam o co chodzi jak fajnie można się „ciągnąć” to wkręciłam się. Oczywiście umówmy się jechanie na przodzie dawało mi największą frajdę 🙂

Po przerwie cała ekipa trenująca poleciała na zadanie treningowe – cisną ile siły w pedałach i po trzech okrążeniach zmiana. Ja sobie spokojnie kręcę swoje i nagle coś we mnie wstępuję. Myślę, a spróbuje się podłączyć pod nich. Sprawdzę, zobaczę jak wszyscy mocno cisną w pedały. Najwyżej urwę się  i zjadę niżej na spokojny tor.

 

Wiecie co się stało wchłonęli mnie, zassali. Dałam radę. Dołączyłam do wszystkich. Do całej bandy pod bandę. Czasami jak któryś z chłopaków obierał prowadzenie to nawet byłam w szoku , że tak szybko potrafię pedałować i trzyma się na kole.  Ja taki zielony szczypiorek w pewnym momencie ciągnęłam za sobą wszystkich wymiataczy.

Kolejny raz życie pokazało mi, że nie mogę poddawać się, odpuszczać. Warto próbować.